Zdecydowanie należę do tego typu ludzi, którzy skrupulatnie chomikują każdą najmniejszą pierdółkę. Każdy papierek, każdy rachunek, każdą pocztówkę, list, bilet do kina, muzeum, teatru, zoo… A już zupełną paranoją stają się przepisy, które wiecznie sobie spisuje na karteluszkach, które to karteluszki potem w dziwny sposób giną i chcąc nie chcąc sprawiają, że potrzebny przepis muszę sobie spisać raz jeszcze, no cóż. W każdym razie to wszystko sprawia, że co jakiś czas zaczynam w tych swoich papierach tonąć i wtedy się zaczyna…
I tak się właśnie ostatnio zaczęło, gdy siadłam przed szafką, w której upycham te papiery do granic możliwości i wysypałam z niej wszystko, a zamiast posprzątać i od razu wyrzucić wszystko w cholerę to zaczęłam przeglądać, podczytywać, przypominać sobie to i tamto. Koniec końców i tak zostawiłam mnóstwo papierów, bo może kiedyś się przydadzą, ale też prawdą jest, że mnóstwo wyrzuciłam, w tym mnóstwo własnych notatek ze studiów. A potem sobie myślałam, że może źle zrobiłam, bo przecież jakby mi się miały jeszcze przydać… ale, ale, spokojnie, mam je, w drugiej wersji. Bo przed każdym egzaminem sobie robiłam taki mój magiczny zestaw najpotrzebniejszych rzeczy i spisywałam do kupy różne rzeczy z różnych notatek. W każdym razie, ja nie o tym przecież miałam.
W trakcie sprzątania pomyślałam sobie, że to jednak dobrze zostawiać taką każdą z pozoru niepotrzebną pierdółkę, bo znalazłam sobie rachunek. Rachunek za książkę Oskar i pani Róża i tak jakoś zrobiło mi się fajnie jak sobie przypomniałam kiedy ją kupiłam i kiedy ją czytałam po raz pierwszy. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Pamiętam, że czytałam ją nad morzem, w Międzywodziu, pochłonęłam ją migiem, a co się przy tym naryczałam, Boże, to było coś niesamowitego. A po pochłonięciu przeze mnie niemal natychmiast wepchnęłam ją koleżance, która leżała na łóżku obok i się ze mnie śmiała, że gdzie tak przy książce płakać… Zgadnijcie jaka była jej reakcja po przeczytaniu. To w ogóle był w ogóle fajny wyjazd, miło go teraz wspominam, tym bardziej, że też pierwszy z moim M., choć to akurat nie było zaplanowane. Aż się wierzyć nie chce, że to było tak dawno.
I wiecie… zostawiam sobie ten rachunek, niech poleży kolejnych kilka lat. I niech za tych kilka lat jeszcze raz przywoła jak najmilsze wspomnienia.