Ależ mnie wciągnęło! Od pierwszych stron niemalże. Wciągnęło, zainteresowało, zaskoczyło, poruszyło i wywołało ogrom emocji, nie zawsze tych pozytywnych. Ja się w ogóle zastanawiam, jak to się stało, że do tej pory nie trafiłam na żadną inną książkę tej autorki, bo teraz na pewno sięgnę po więcej.

Wiecie do czego doprowadzić może fatalne zauroczenie? Ano na przykład do tego, że ciapowaty facet, weźmie się w końcu w garść, zechce zmienić swoje życie i chcąc poderwać całkiem niebrzydką starszą (od siebie, bo ogólnie nadal młodą) kobitkę zamieni się w detektywa… co niekoniecznie będzie jego najlepszym pomysłem. Jaro zostaje przez ową kobitkę, Ilonę, poproszony o odnalezienie jej byłego męża i odzyskanie jej własności, która pozwoli na poprawienie życiowych standardów jej i dwóch uroczych córek. I Jaro, owszem, znajduję jej męża (noo, nie sam oczywiście, bo fajtłapa z niego straszna, ale przy pomocy kochanej babci) tyle, że znajduje go przywiązanego do krzesła i w kałuży krwi. Niedługo potem dostaje też kolejne zadanie. Ginie bowiem matka jednej z koleżanek Ilony i dobrze by było, gdyby ktoś ją w końcu odnalazł, skoro policja sobie nie radzi. W dodatku ktoś zaczyna znęcać się nad podwórkowymi kotami, które babcia Halinka z watahą koleżanek regularnie dokarmiają. Na pozór nic nie łączy tych trzech spraw. Na pozór…

Niewątpliwą zaletą powieści Fryczkowskiej są postacie przez nią stworzone. Oczywiście, prym wiodą główni bohaterowie. Siedemdziesięcioletnia Halina z miejsca wzbudza naszą sympatię, a ciapowaty Jarcio, pielęgnujący w sobie wciąż małe, odrzucone dziecko, sprawia, że mamy ochotę się nim zaopiekować. Ale warto też zwrócić uwagę na postacie drugoplanowe, zwłaszcza na kobiety i szereg problemów z jakimi muszą się one zmagać. Bo tego znajdziemy w powieści multum, bowiem jej karty zajmują kobiety samotne, porzucone, żyjące w związkach bez miłości, romansujące w tajemnicy przed światem i najbliższymi przyjaciółmi, szukające ciepła i zrozumienia, rozwiedzione, opuszczone, zmuszone do podejmowania zgubnych w skutkach decyzji. One właśnie są siłą tej książki i sprawiają, że jest ona czymś więcej niż zwykłym kryminałem.

Mimo lekkości stylu, dzięki któremu po kolejnych stronach mknie się z prędkością światła, fabuła już wcale taka lekka nie jest. Pojawia się tu problem znęcania się nad zwierzętami, a nawet ich zabójstw i ja przy każdej takiej wzmiance odczuwałam niemalże fizyczny ból. Chciałabym wierzyć w to, że wszystko zostało wymyślone przez autorkę, że to tylko czysta fikcja, ale przecież wszyscy wiemy, jak jest i naprawdę ostrzegam osoby kotolubne, bo w książce znajduje się kilka dość drastycznych opisów, przy których zaciska się zęby ze złości i bezsilności.

Można by powiedzieć, że najnowsza powieść Fryczkowskiej to po prostu bardzo dobry, ale typowy kryminał z trupem w tle. Można. Ale dla mnie to też po trochu książka o tym, by nie patrzeć na świat przez pryzmat stereotypów oraz by, już z całą pewnością, nie stać z założonymi rękami i z milczącym przyzwoleniem traktować zło, które nas otacza.

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.