
Krzywda czyniona dzieciom jest chyba największą możliwą zbrodnią (zaraz koło krzywdy czynionej zwierzętom, no niestety, tak już mam). Sięgając więc po książki dotykające tego problemu z góry nastawiam się na sporo emocji, ściskanie w dołku, a czasem i płacz.
Bohaterką i jednocześnie narratorką Milczenia jest Malwina. Dziewczynka, wykorzystywana przez dziadka, na które to odchylenie najbliższe osoby zdają się przymykać oczy. A babcia, kojarząca nam się na ogół z miłością, troską i ciepłem, chroniąc samą siebie zdaje się tym bardziej pchać wnuczkę prosto w ramiona kochającego dziadzi.
Uderza tu obojętność rodziców i brata, który zawsze był dla Malwiny największym oparciem. Ich odrzucanie prawdy, przymykanie oczu i uszu, lekceważenie problemu wstrząsa i stanowi chyba największy atut całej powieści, bo przynajmniej wywołuje emocje. Aż szkoda, że zdaje się być on tylko ledwie muśnięty i zastąpiony w większości sprawami, jak dla mnie, mniej znaczącymi.
Mimo wplecenia wątku molestowania seksualnego przez osobę z najbliższego otoczenia, autorka postanowiła jednak bardziej się skupić na życiu codziennym Malwiny. Na jej przyjaźni z Lizzy, która poniekąd pozwoliła jej, przynajmniej przez jakiś czas, na walkę z problemem, na oddalenia go, a w pewnym momencie i na całkowite zapomnienie. I to właściwie nie tylko poprzez rozmowę, zwierzenie się, podzielenie własnymi lękami z rówieśniczką, ale przez jej dosłowną osłonę, w dodatku zupełnie nieświadomą.
Hanika wzięła też pod lupę, pierwsze, jeszcze właściwie dziecięce, zauroczenie, które w pewien sposób daje poczucie bliskości i bezpieczeństwa, ratuje przed całkowitym postradaniem zmysłów. Z tym, że tu mi pewne rzeczy też niestety nie zgrały. Już sam związek trzynastolatki ze starszym od siebie chłopakiem miał w sobie coś nierealnego. Ja wiem, że mało już mogę pamiętać z tego okresu, ale raz, że nie wydaje mi się bym w tym wieku miała ochotę się z kimkolwiek wiązać, a już tym bardziej spędzać noc z dala od domu, dwa, że szczerze wątpię w to, że szesnastoletni chłopak zawraca sobie głowę trzynastoletnią dziewczynką, będącą jeszcze niewinnym dzieciątkiem. Inna sprawa, zastanawiałam się jak to możliwe, że dwie osoby, których dzieli nie tylko płeć (wiem, to głupi stereotyp, ale facet zawsze kojarzy mi się z kimś większym), ale i w tym przedziale wiekowym akurat dość znacząca różnica nagle są tego samego wzrostu. Ale tu się już pewnie czepiam bez sensu. No i nie ukrywam, śmiać mi się chciało, jak padło określenie kochankowie. Przyjaciele, ok. Para, no czemu nie? Ale kochankowie?!
Wrócę jeszcze na chwilę do wieku Malwiny. Momentami miałam wrażenie, że nawet autorce ciężko było się trzymać tego, co sobie początkowo założyła. Bo początkowe założenie, o którym dowiadujemy się właściwie na pierwszej stronie, było takie, że Malwina ma lat trzynaście. Kilkanaście stron dalej nagle staje się jednak uczennicą liceum (może stąd to zrównanie wzrostem). Ja wiem, że w Niemczech system nauczania i te granice wiekowe odrobinę się różnią od naszych, ale chyba nie aż tak, żeby trzynastolatka chodziła do liceum?
Pomijając jednak całą resztę, nie podpasował mi też sam styl autorki. Niestety, mimo całej wagi poruszanego problemu, momentami czułam się jakbym czytała zwykły, najzwyklejszy pamiętnik nastolatki, w którym na pierwszym miejscu ustawia się całkiem niezłe, nieco starsze ciacho, do którego bohaterka rok wcześniej pałała nienawiścią nie do opisania, razem z przyjaciółką zresztą, której swoją drogą nie wie, jak ma opowiedzieć o tym co zaszło, podczas jej nieobecności..
Przykre to, ale nie ruszyło mnie zupełnie, a przecież powinno, prawda?
Beate Teresa Hanika, Milczenie, Warszawa, Nasza Księgarnia 2010.