Czasem mam taką ochotę się wykrzyczeć, że żałuję bardzo, że nie mieszkam w totalnej głuszy. Drażni mnie jak cholera ocenianie blogerów przez autorów. Blogerów, no właśnie, wcale nie ich tekstów. Nie, bo jak się piszę, że to ręcęzent, że głupi jest, a na literaturze nie zna się za grosz, to znaczy, że się ocenia człowieka, a nie jego notkę.
Pisałam ostatnio o tym, że czytam mało polskich powieści. Pisałam? Pisałam! I po prawie tygodniu od tamtego postu dochodzę do wniosku, że baaardzo dobrze robię, bo by mi ci polscy autorzy w końcu łeb roztrzaskali. O zlew, albo o asfalt, cokolwiek by tam było pod ręką. A i to w najlepszym przypadku. W przypadku jak najbardziej chyba normalnym (takie mam wrażenie, że to się normą staje) po prostu by mnie wyśmiali w swoich prywatnych postach, gdzie trzódka rozkochanych w powieściach (albo autorach) czytelników zgodnie im przyklaśnie, choćby się nawet z argumentacją zawartą w recenzji zgadzali. I leci od góry do dołu, że krytykant, że ręcęzent, że głupi, że amator (no naprawdę, wielkie rzeczy, że też blogerzy na ogół amatorami są, o zgrozo!) że się nie zna, bo prawdziwej wartości z książki nie potrafi wydobyć (bo przecie na siłę powinien wydobywać plusy, nawet jak ich nie widzi), żę krytykę myli z krytykanctwem, że masochista, bo się zmusza do czytania. Ano zmusza się. I mam co najmniej kilka powodów dla których się zmusza, a których autorzy zazwyczaj zrozumieć chyba nie potrafią jakby sami czytelnikami nigdy nie byli, ale od wyjścia z brzucha tylko pisali. Zmusza się, bo:
a) większość czytelników (w tym także ja, przynajmniej na ogół) wyznaje zasadę, że kończy, to co zdarzyło im się zacząć. Tak po prostu mają, nic się nie da z tym zrobić.
b) głupio porzucić coś, na co po czytanych recenzjach, w których od ochów i achów zwykło się roić, wydaje się czterdzieści złotych lub więcej.
c) ja już całkiem osobiście, często doczytuje się książki do końca, bo nigdy nie wiadomo, co mi zafundują na ostatniej stronie. A może czymś mnie autor zaskoczy? A może czymś zachwyci? Różne rzeczy mogą się przecież zdarzyć.
Co innego oczywiście by się działo, gdyby autor znalazł miłą recenzyjkę (?) zawartą w opisie przejętym z okładki z dodanym w kilku słowach zachwytem. Wtedy i z błędami ortograficznymi mogłoby być, no ale przecież… to już recenzent z prawdziwego zdarzenia! Umie docenić co dobre, toż to prawie zawodowiec!
Nie chcę stawać po niczyjej stronie. Nie jestem ani recenzentką (tylko zwykłą, marną blogerką, przykro mi) ani tym bardziej pisarką (i to może dziwne, ale nigdy nie miałam ambicji, by nią być, znam doskonale swoje braki i wiem, że pisać nie potrafię), jestem zwykłym czytelnikiem. Czytelnikiem, który czasem się zachwyci, czasem rozczaruje i czytelnikiem, któremu przykro jest, gdy widzi pewne zachowania i dochodzi do wniosku, że za nic nie powinien mieć własnego zdania, jeśli nie jest one zgodne ze zdaniem większości.