Jarosław Kret po raz pierwszy wylądował w Egipcie za sprawą studenckiego stypendium. Powitał go wtedy Zamalek, jedna z, nazwijmy to, dzielnic Kairu, w której spędził swą pierwszą noc. Noc, co trzeba dodać, bajkową, magiczną, pachnącą ciepłem i spokojem, cichą jak mało co. 

To jednak była tylko noc. A rankiem się zaczęło… Ryk klaksonów, zgiełk, kurz, miliony samochodów jeżdżących we wszystkie możliwe strony, bez żadnych zasad, wszechobecny chaos przywodzący na myśl tylko jedno pytanie, mianowicie czy ktokolwiek nad tym wszystkim panuje? A jednocześnie ludzie zaczepiający cię na każdym kroku z sympatycznym hello, welcome, how are you i where are you from, którzy nie oczekują… żadnej odpowiedzi. 

Dzięki książce pana od pogody jadąc do Egiptu będziemy znali najczęściej używane tam słowo, wiedzieli o tym, że każdy napotkany człowiek, może okazać się policjantem, bo jeżeli na ulicy spotyka się dwoje Egipcjan, możesz być pewien, że troje z nich jest policjantem* oraz orientowali się w zakresie obowiązków bawwaba obecnego w każdej napotkanej kamienicy. 

Dowiemy się też między innymi dlaczego w koptyjskich świątyniach nad lampami zawieszane są strusie jaja, czy w Egipcie naprawdę trzeba się targować, a jeśli tak to w jaki sposób to zrobić, by jak najwięcej zyskać i jednocześnie nie obrazić przy tym sprzedającego oraz czy nikab naprawdę stanowi symbol zniewolenia kobiety muzułmańskiej czy jest noszony z zupełnie innych powodów?

Kret w dość przyjemny, a często także zabawny sposób, serwuje nam obserwacje z targu wielbłądów, na którym miał okazję spędzić cały dzień czy wspomnienia z przepięknego wschodu słońca na górze Synaj. Chyba najpiękniejszego widoku, jaki w życiu oglądał. No, może poza równie zachwycającą, pełną barw rafą koralową, która dotknięta ręka człowieka nigdy już nie będzie taka sama jak kilkanaście lat temu. Jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy.

Autor momentami kpi sobie z turystów, których w ostatnich latach zdecydowanie się w Egipcie namnożyło, a którzy przyjeżdżają tam tylko po to, by zniszczyć co zastane, jeść wszystko jak leci, popijać to drinkami, a potem odchorowywać dwa kolejne dni, bo przecież za to właśnie zapłacili.

Egipt Kreta jest cudownym miejscem. Wielobarwnym, ciepłym, zachwycającym, a czasem bardzo zaskakującym. I choć zniszczony nieco ręką człowieka, choć niepozbawiony kilku wad, to nadal mocno przypomina istny raj na ziemi. Raj, do którego z chęcią każdy z nas by się udał.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Lektury Reportera

Jarosław Kret, Mój Egipt, Warszawa, Świat Książki 2011.

*s. 59