Oriana Fallaci, jedna z najbardziej znanych dziennikarek XX wieku, korespondentka wojenna i kobieta, którą ja mogę tylko podziwiać po dziesięciu latach milczenia została zmuszona do ponownego zabrania głosu. Zamach z 11 września spowodował, że znów zaczęła krzyczeć, efektem czego stała się Wściekłość i duma. Książka, za którą zresztą w efekcie nieźle jej się oberwało. I ja się wcale temu nie dziwię. 

Ale na wojnach zawsze widziałam, jak ludzi zabijano. Nigdy nie widziałam, jak ludzie zabijają się sami, jak rzucają się bez spadochronów z okien osiemdziesiątego czy dziewięćdziesiątego czy setnego piętra…* 

Wściekłość i duma została właściwie w całości poświęcona islamowi, zagrożeniom płynącym z jego praktykowania oraz tym, na które narażeni są obywatele krajów goszczących u siebie bliskowschodnich emigrantów. 

Na Boga! Czy nie rozumiecie, że ci wszyscy Osamowie bin Ladenowie uważają się za uprawnionych do zabijania was i waszych dzieci, bo pijecie alkohol, bo nie nosicie długich bród, czadoru czy burki, bo chodzicie do teatru i do kina, bo kochacie muzykę i śpiewacie piosenki, bo tańczycie i oglądacie telewizję, bo nosicie minispódniczki albo szorty, bo na plaży i na basenie opalacie się nago, czy prawie nago, bo kochacie się wtedy, kiedy chcecie i z tymi, z którymi chcecie, czy też dlatego, że nie wierzycie w Boga?!? Jestem ateistką, chwała Bogu. I nie mam zamiaru dać się ukarać tym niedorozwiniętym bigotom, którzy zamiast wnieść swój wkład w ulepszenie ludzkości, salamują i gdaczą modlitwy pięć razy dziennie.**

Od autorki obrywa się właściwie wszystkim po kolei. Poczynając oczywiście od muzułmanów, których religię, którą uważa za zło samo w sobie, poprzez jej rodzinne Włochy, kończąc na każdym jednym narodzie Europy, który pozwala na rozwój tak powszechnie chwalonej wielokulturowości, prowadzącej w efekcie tylko do zagłady. 

Oto jest zatem moja odpowiedź na pytanie o to, co nazywanie „różnicami między dwoma kulturami”. Jest na tym świecie miejsce dla każdego. W swoich własnych domach, swoich własnych krajach ludzie robią, co chcą. Jeśli zatem w krajach muzułmańskich kobiety są tak głupie, że noszą czadory i burki, jeśli są tak niemądre, że akceptują fakt, iż są mniej warte od wielbłąda, jeśli są tak tępe, że wychodzą za mąż za rozpustnika, który chce mieć cztery żony, tym gorzej dla nich. Jeśli ich mężczyźni są tak niemądrzy, że odmawiają kieliszka wina czy szklanki piwa, to samo. Ja nie zamierzam mieszać się do ich wyboru. Mnie wychowano w zrozumieniu wolności, do cholery, a moja matka zawsze mówiła: „Świat jest ciekawy, bo jest różnorodny”. Ale jeśli próbują narzucić te szaleństwa mnie, mojemu życiu, mojemu krajowi, jeśli chcą zastąpić moją kulturę swoją kulturą czy swoją rzekomą kulturą… A chcą. Osama bin Laden oświadczył, że cały ziemski glob musi stać się muzułmański, że po dobroci czy nie on nas nawróci, że aby osiągnąć ten cel, zabija nas i nadal będzie zabijał.*** 

Nie muszę się z Fallaci zgadzać we wszystkim i nie we wszystkim się zgadzam. Na przykład, nie wierzę w to, że żaden inny naród nie potrafi się w obliczu wielkiej tragedii zjednoczyć tak jak Stany Zjednoczone. W ogóle w swoich poglądach autorka jest dla mnie trochę zbyt… pro-amerykańska, jeśli wiecie co mam na myśli. Nie zgadzam się też absolutnie z tym, że nie ma umiarkowanej formy islamu. Może to głupie porównanie, ale to dla mnie tak, jakby każdego katolika nazywać inkwizytorem, gotowym spalić na stosie, każdego kto w jakikolwiek sposób sprzeciwi się jego religii. Inna sprawa, że razi mnie momentami ten jej krzyk, ta jej wściekłość, ta pretensja żywiona do świata i ludzi wkoło. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że podziwiam ją jako kobietę, jako dziennikarkę i jako osobę. Zazdroszczę jej wiedzy, obeznania i przede wszystkim odwagi, tego, że potrafiła wykrzyczeć to co myśli każdemu w twarz. Dosłownie każdemu, bez względu na jego rangę. Że umiała krzyczeć, gdy powinna siedzieć cicho. Chciałabym kiedyś mieć w sobie choć połowę jej pewności i tego głębokiego przekonania, że moje poglądy są słuszne. 

Powiedziałam więc, że nie będę pisać kłamstw, a dyrektor naczelny (gruby i nadęty chrześcijański demokrata) wrzasnął, że dziennikarz jest maszyną do pisania i że ma obowiązek pisać to, za co mu płacą. „Nie pluje się na talerz, z którego się je”. Płonąc z oburzenia, odpowiedziałam, że może sobie zatrzymać taki talerz dla siebie, że jeśli mam się stać maszyną do pisania, to wolę umrzeć z głodu, a on zwolnił mnie natychmiast”.**** 

Za zarzucenie cytatami przepraszam, i tak nie przytoczyłam wszystkich, które bym chciała. Mimo wszystko Wściekłość i dumę polecam, chyba każdy powinien wyrobić sobie pewne własne poglądy, na rzeczywistość, która nas otacza.

Widzisz, kiedy byłam małą dziewczynką, sypiałam w „bibliotece”, taką niewłaściwą nazwę nadali moi ubodzy rodzice pokoikowi, który był dosłownie od podłogi do sufitu wyłożony książkami kupowanymi na raty. Na półce ponad miniaturową kanapą, którą nazywałam moim łóżkiem, stała ogromna książka z zakwefioną damą uśmiechającą się do mnie z okładki, więc pewnego wieczora odwzajemniłam jej uśmiech, zaspokajając swoją ciekawość. To znaczy, czytając pierwsze strony. Matka nie chciała, żebym czytała tę książkę. Jak tylko zobaczyła ten klejnot w moich rękach, skonfiskowała go, jakby to był słownik grzechów i deprawacji. „Wstydź się, wstydź się – to nie jest dla dzieci”. Ale potem zmieniła zdanie i udzieliła pozwolenia. „Dobrze, przeczytaj ją, przeczytaj I tak cię czegoś nauczy”. W ten sposób „Baśnie z tysiąca i jednej nocy” stały się opowieściami mojego dzieciństwa, a od tamtej pory – częścią mojego książkowego dzieciństwa.***** 

Oriana Fallaci, Wściekłość i duma, Warszawa, Wydawnictwo Cyklady 2003

*s. 54

**s. 78-79

***s. 89-90

****s. 46

*****s. 43-44