Proszę Państwa, oto audiobook w najlepszej jego postaci. Audiobook, który bez wahania mogłabym polecić wszystkim tym, którzy mają jakiekolwiek obiekcje przez rozpoczęciem swej przygody z książką do słuchania. Ponad stu najbardziej znanych polskich aktorów, udzielających głosów poszczególnym bohaterom, mnóstwo doskonałych efektów dźwiękowych i ponad dwadzieścia dwie godziny dobrej zabawy. Przesłuchanie go w całości, biorąc pod uwagę, że Narrenturm słuchałam tylko w drodze do i z uczelni oraz podczas nielicznych (jeszcze wtedy za sprawą kiepskiej pogody) spacerów, zajęło mi ponad trzy tygodnie. Ale uwierzcie, warto było!

Wszystko zaczyna się właściwie dość kiepsko. Oto mamy mocno rozbudowaną scenę seksu Reinmara z Bielawy i Adeli de Stercza, w której bohaterka jęczy tak, że uszy puchną, a my zastanawiamy się czy słuchanie w tramwaju pełnym ludzi było aby na pewno dobrym pomysłem, bo przecież jak ktoś te jęki płynące z słuchawek usłyszy, to pomyśli, żeśmy nienormalni całkiem. Nic to, nie warto się zrażać, trzeba to przesłuchać, albo te fragmenty pominąć, bo później jest już coraz lepiej. Otóż okazuje się bowiem, że Adela, mając już własnego męża, którym Reinmar z całą pewnością nie jest, nniewątpliwie nie powinna się znaleźć z nim w łóżku, co uświadamiają obydwojgu kochanków bracia wspomnianego męża, którzy w owym łóżku ich przyłapują. I tu się zaczyna ostra jazda, krzyki, płacze, pościgi, ucieczki i ogólne, że tak powiem, mordobicie, z ofiarami śmiertelnymi zresztą. 

Fabuła właściwie jest dosyć prosta. Jeździ ten Reynervan po całym Śląsku, co rusz z innym towarzyszem, spotykając wreszcie prawdziwych przyjaciół, gotowych pójść dla niego w ogień (choć żaden się przecież do tego nie przyzna), od którego to momentu jeżdżą sobie razem, w trójkę. Mota się nasz bohater między tym co podpowiada mu rozum, a więc ucieczką na Węgry, doradzaną mu przez każdą napotkaną, choć ciut przychylnie nastawioną mu duszę, a tym, co mówi serce, czyli akcja mającą na celu odzyskanie ukochanej i wyrwanie jej niemalże z rąk wrogów (u których może niekoniecznie jest jej aż tak źle, jak biedny, naiwny Reinmar sądzi). Co rusz wdaje się w bójki, napotyka z każdej strony na niebezpieczeństwa, a Sterczowie dosłownie depczą mu po piętach. Między jedną bójką, a drugą, Sapkowski zaś raczy nas paroma historycznymi faktami, spotkaniami ze znanymi postaciami (tu warto wspomnieć chociażby o przypadkowym spotkaniu z Janem Gutenbergiem, który właśnie pracuję nad ruchomą czcionką i podczas którego mamy okazję wysłuchać krótkiej dyskusji na temat tego, czy możliwość powielania pewnych dzieł – chociażby ksiąg świętych, na pewno może przysłużyć się ludzkości, czy też pewien odcinek drogi pokonany przez Reinmara w towarzystwie Zawiszy Czarnego, opowiadającego o bitwie pod Grunwaldem) i paleniem na stosie, co gorszych przeciwników chrześcijaństwa, wyznawców Jana Hussa, a czasem po prostu kogo się nawinie. 

Ta prostota jednak, ta zwyczajna wydawałoby się powieść drogi, w połączeniu z bardzo dokładnie rozbudowanym tłem historycznym i odrobiną magii, z tą dbałością o wszystkie szczegóły, w końcu jednak musi zachwycić. 

Przy okazji niesamowita jest ta przyjaźń, która chcąc czy nie chcąc rodzi się pomiędzy Reynevanem, Szarlejem, a Samsonem Miodkiem. To, że w najgorszych sytuacjach mogli na sobie polegać i że choć każdy zapierał się jak mógł, udowadniając jaki z niego przebrzydły egoista, to tak czy siak, nie zostawiali się w potrzebie. Był nawet taki fragment, kiedy idąc na przystanek, droga przed oczami zaczęła mi się rozmazywać, bo tak się wzruszyłam. 

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie sięgnęłabym po tę książkę w wersji papierowej. Słyszałam o niej wcześniej wiele razy i owszem, nazwisko autora znane jest chyba każdemu, ale mnie po prostu odstraszają setki dat, miejsc i nazwisk. Już sam fakt, że powieść ta stoi gdzieś tam na pograniczu powieści historycznej i fantasy sprawił, że się wzdrygałam. A nawet jeśli by się tak zdarzyło, że Narrenturm trafiłoby do moich rąk, nie sądzę, że byłabym w stanie je doczytać. A jednak… jako audiobook wypada właściwie idealnie. Setki różnych głosów, odpowiednia intonacja, krzyki, jęki, śpiewy chórów kościelnych, mnóstwo rozmaitych odgłosów. Od bitew, uderzania o siebie mieczy, łamanie kości, poprzez tętent kopyt, trzaskanie ognia w kominku, silniejszy wiatr, aż do dźwięków towarzyszących chociażby pojawianiu się tajemniczego pomurnika, które sprawiają, że czujemy ciarki na plecach. To wszystko niesamowicie pobudza wyobraźnie, na tyle, że pewnego dnia wracając późno do domu i mając na uszach słuchawki, zaczęłam się obsesyjnie rozglądać wkoło siebie. 

Minusy? Owszem są. Na przykład ciągnące się w nieskończoność obrad czy to Husytów czy też Ślązaków. I wtrącenia po łacinie. Dla mnie to było ogromne utrudnienie, bo nie miałam książki przed oczami, nie mogłam sprawdzić danego wyrażenia w słowniku, nie mogłam zajrzeć do przypisów, byłam w tym przypadku zdana całkowicie na łaskę lektorów, którzy tłumaczenia łaciny postanowili zgrabnie omijać. Kolejny minus, który może okazać się dość uciążliwy to bardzo długie rozdziały. Każdy rozdział to godzina lub półtorej słuchania, ja miałam wszystko zgrane na ipodzie, więc włączałam dokładnie w tym miejscu, w którym skończyłam słuchać, a jednak… przy słuchaniu na przykład na komputerze to może być bardzo niewygodnie. No ale, czasem pewne rzeczy trzeba po prostu przeboleć.

Czy sięgnę po kolejne części? Pfff, pytanie! Jasne, że sięgnę. Ale tylko jeśli zostaną wyprodukowane w ten sam sposób. Tak więc czekam, z nadzieją, i z niecierpliwością na Bożych bojowników, z tymi samymi głosami w rolach głównych. 

Audiobook zaś można pobrać tutaj, do czego naprawdę gorąco zachęcam. 

Andrzej Sapkowski, Narrenturm, Polskie Radio 2009

czyta: zespół aktorów