– Aniu, co dla ciebie znaczy „kochać”?
Bawię się koronką przy rękawach.
– To znaczy, że nie czuje się strachu.*
Z wielką niecierpliwością czekałam na tę książkę. W końcu wiedziałam już czego mniej więcej mogę się po Wardzie spodziewać. I przez tą wiedzę, nie ukrywajmy, bardzo mocno podniosłam jej poprzeczkę. A autorka? No cóż, mało tego, że ją przeskoczyła. Ja w dodatku mam wrażenie, że zrobiła to bez najmniejszego wysiłku.
Aaron i Ania to rodzeństwo właściwie idealne. Takie, które poszłoby za sobą, nie tylko na koniec świata, ale nawet i w ogień. Takie, które byłoby w stanie dla siebie nawzajem zrobić wszystko. Takie, które każdy z nas chciałby mieć.
I na tym wszystkie plusy się kończą, bo ich życie okazuje się jednym wielkim pasmem nieszczęść. I nawet poświęcenia, jakich są w stanie dokonać nie mogą tego zmienić. Matka, tkwiąca w depresji odkąd pamiętają, nieżyjący ojciec, który swoją drogą też miał swoje za uszami, ciotka, z jednej strony pragnąca nieść pomoc, a z drugiej patrząca na krzywdę z tak brutalną obojętnością, że serce się kraja i jej facet, najgorszy koszmar.
Warda mocno gra na emocjach czytelnika. Wywołuje wstręt, oburzenie, współczucie, złość i taką beznadziejną bezradność. Wywołuje okropne wyrzuty sumienia, gdy zaczynamy sobie przypominać, że tak, gdzieś tam, kiedyś i w naszym otoczeniu był ktoś kto wyglądał i zachowywał się dziwnie, ktoś kto zawsze stał na uboczu. Jej opisy są bardzo sugestywne i choć nie o wszystkim pisze wprost to jednak robi to w taki sposób, że bez problemu byłam w stanie wyobrazić sobie najgorszą ze scen.
Autorka stworzyła swe postacie w tak doskonały sposób, że aż chciałoby się, żeby gdzieś tam coś zazgrzytało, bo niemalże wchodzimy w skórę bohaterów, czujemy ich lęk, ich przerażenie, czujemy przejmujący ból, chcemy uwolnić się od tego wszystkiego, co ich spotyka.
Wiem już, jak to jest, kiedy boli. Wiem, jak to jest, kiedy twoje ciało uderza o ścianę, kiedy nie masz nad nim kontroli, kiedy w gardle więźnie ci krzyk, łamiesz paznokcie, szorując nimi po podłodze, kiedy chcesz się bronić i nie moższ. Albo wtedy, gdy ktoś wbija ci kolano w plecy tak, że nie można się ruszyć, bije pięścią między łopatki, aż huczy ci w głowie, szarpie za włosy i wydaje komendy, których nie chcesz, naprawdę nie chcesz wykonać, ale musisz, bo inaczej wszystko będzie boleć o wiele bardziej. Już wiem.*
Pozwolę sobie pominąć zachowania zarówno Cecylii Budzisz, matki rodzeństwa, jak i ich ciotki Gabrysi, bo jakby mimochodem zwróciłam uwagę też na coś zupełnie innego. Uderzyło mnie to, jak mało w gruncie rzeczy mogły zrobić osoby postronne, nawet jeśli w jakiś sposób próbowały rodzeństwu pomóc. Jak wybrać co byłoby dla nich odpowiednie? Czy lepiej byłoby pozostawić Aarona i Anię w chorej sytuacji czy zgłosić ich przypadek do odpowiednich władz i rozdzielić ich, być może na zawsze?
Jeszcze długo po skończeniu czytania, ile razy pomyślałam o tej książce, chciało mi się płakać. Nad losem tych dzieciaków, których ktoś z ogromną łatwością pozbawił tego, co w życiu najpiękniejsze. Ale też najbardziej dlatego, że choć Dziewczynka, która widziała zbyt wiele jest czystą fikcją, to ta historia mogła zdarzyć się naprawdę.
Małgorzata Warda, Dziewczynka, która widziała zbyt wiele, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.
*s. 36.
**s. 157.