Uwielbiam ten czas, kiedy wiosna zaczyna nieśmiało pukać do mych drzwi. Kiedy zza chmur zaczyna prześwitywać słonko i kiedy to słonko prześwituje przez moje zasłony sprawiając, że po obudzeniu mam uśmiech na twarzy, a po całkowitym odsłonięciu okna mam ochotę głośno się śmiać. I kiedy autentycznie chce mi się wstawać z łóżka, choćby nie wiem która była godzina, bo uwierzcie, że zimą, gdy na dworze szaro i buro, budząc się nawet o dwunastej mam ochotę znów wsunąć głowę pod kołdrę i spędzić tam cały dzień.

Uwielbiam ten czas, gdy wychodząc o siódmej z domu jest już całkiem jasno, a powietrze choć jeszcze mroźne, jest tak przyjemnie rześkie. I gdy wracam do domu o osiemnastej, a na dworze nadal jest jasno! I niesamowitą przyjemność sprawia mi to, że mogę w końcu zrzucić zimowe buty i iść na spacer w trampkach. To takie cudowne uczucie. 

I nie mogę się doczekać tych chwil, kiedy będę mogła zrzucić kurtkę. Kiedy po dniu spędzonym na uczelni będę mogła siąść na działce. Czasem z książką na kolanach. Czasem z piwkiem w ręku, prowadząc godzinne dyskusje z moim M., które tak uwielbiam. Swoją drogą, uwierzycie, że piwo wypite na zielonej trawce zawsze smakuje mi o wiele lepiej niż to, które męczę godzinami w zamkniętym pomieszczeniu? I czekam też z niecierpliwością na tego pierwszego grilla, który rozpocznie sezon klimatycznych weekendowych wieczorów, spędzanych w gronie znajomych. 

Wiosno, wejdź, rozgość się!

[Zdjęcia pochodzą stąd i stąd.]