Nie jestem przekonana do audiobooków. A przynajmniej nie byłam do tej pory.
Najpierw wzbraniałam się rękami i nogami, później coś tam próbowałam zdziałać. Kilku książek zaczęłam nawet słuchać, ale prawda jest taka, że zawsze kończyło się to totalną klapą. Nie mogłam się skupić, traciłam wątek, zaczynałam słuchać od początku sto tysięcy razy, a momentami miałam wrażenie, że lektor nudzi się tą książką jeszcze bardziej niż ja.
Ale jakoś tak nie zrażałam się do końca, ciągle szukałam, próbowałam, aż trafiłam na Handlarzy czasem i wsiąkłam całkowicie. To znaczy ok, może nie tak znowu całkowicie, bo więcej niż godzinę na raz nie byłam w stanie słuchać, ale jednak… no porwał mnie ten Jachimek, co tu dużo mówić.
Całą książkę sprowadzić by można do jednego jedynego pytania, mianowicie czego najbardziej brakuje ludziom? Wszystkim. Bez wyjątków. Mam wrażenie, że odpowiedź nasuwa się w tym przypadku niemal automatycznie, bo przecież ludziom od zarania dziejów wiecznie brakuje czasu. I pieniędzy, nie oszukujmy się. Ci co mają mało, chcieliby mieć więcej. Ci co mają dużo… cóż, mają wciąż za mało. Jak temu zaradzić? Nic prostszego. Wystarczy stworzyć maszynę do handlu czasem.
I tu na arenę wkracza wuj Franciszek. Postać iście genialna. Głowa (a raczej mózg, dosłownie!) rodziny, organizujący niedzielne quizy, które zawsze wygrywa. Pewnie dlatego, że sam wymyśla do nich pytania, ale czy to ważne? Oprócz tego, niespełniony wynalazca, którego nawet najbliżsi nie chcą docenić. No sami powiedzcie, czyż nie jest wspaniałą rzeczą proszek dodawany do jajek, by kontrolować to czy są jeszcze na miękko czy może przeszły już w kolejną fazę? Czy nie jest wynalazkiem zupełnie fantastycznym urządzenie do znajdowania kluczy, który niestety ma też kilka wad i od czasu do czasu sam się gubi, ale na ogół świetnie sprawdza się w swej roli?
Ok, może faktycznie nie są to rzeczy bez których nie można by się było w codziennym życiu obejść. Ale maszyna do handlu czasu, choć początkowo przyjęta przez rodzinę z wielkim sceptycyzmem, okazuje się rzeczą zupełnie rewolucyjną. Nagle bowiem pod warsztatem wujcia Frania zaczynają się ustawiać kilometrowe kolejki, a on z dnia na dzień staje się milionerem. Jedni chcą swój czas sprzedawać, inni koniecznie muszą kilka godzin dokupić. I tu okazuje się, że nie wszystko jest takie piękne jak by się mogło wydawać…
Bardzo dobrze słuchało mi się tej książki. Prosty, ale jakże soczysty język w połączeniu z równie soczystą wymową autora, jego interpretacją i modulacją głosu zrobiły swoje.
Postacie Jachimka są po prostu świetne i nie da się ukryć, że to one stanowią główną zaletę powieści. Pomijając już fenomen wujcia Frania, mnie do łez niemalże doprowadziła jakże inteligentna Paula, która dzięki maszynie do handlu czasem, cofnęła się ekhm… odrobinę, zatrzymując się na na etapie wieku lat czterech i robiąc zawrotną muzyczną karierę oraz jej misiaczek-pysiaczek Praszczur, który, no co tu dużo pisać, kończy jako parkingowy żul, wspominając swoją młodzieńczą miłość z wielkim rozrzewnieniem.
Generalnie mamy w Handlarzach czasem masę niesamowitych bohaterów. Barwnych, wyróżniających się, przyciągających uwagę i… mocno przerysowanych. Tak mocno, że podczas słuchania nie da się chociażby nie prychać pod nosem z rozbawienia, że już o wybuchach głośnego śmiechu nie wspomnę. Zestawiając te ich wyjątkowe charaktery ze specyficzną wymową i intonacją samego autora otrzymujemy naprawdę niesamowity efekt.
Tomasz Jachimek, Handlarze czasem, Warszawa, Świat Ksiażki 2010.
czyta: Tomasz Jachimek
czas trwania: 08:08:42