
Zdarzają się krótkie okresy radości, które trzeba rozciągać na wiele pustych lat…*
Czy spotykając czasem kogoś po raz pierwszy macie wrażenie, że znacie go właściwie od zawsze? Czy patrząc mu głęboko w oczy czujecie coś, jakiś maleńki impuls, jakbyście się już kiedyś spotkali? Czy wdając się w dłuższą rozmowę wydaje się Wam, że spędziliście z tą osobą dużo więcej czasu niż tylko te kilka godzin? Że spędziliście z nią właściwie całe swoje życie… A nie pomyśleliście nigdy, że to może nie być tylko ulotne wrażenie?
Daniel i Lucy, a może powinnam napisać Sophie, spotkali się po raz pierwszy w 541 roku. W dodatku, spotkali się w niezbyt sprzyjających okolicznościach. Ona, jako niewinna kobieta i on, jako oprawca, podpalający wioskę, do której nie powinien nawet wchodzić.
To jednak nie był jedyny raz kiedy mieli okazję się zobaczyć. Obydwoje bowiem wracają na ziemię wielokrotnie. Obydwoje przeżywają jedno życie za drugim. Czasem nie spotykają się w ogóle. Czasem robią to zupełnie przypadkiem. Zawsze jednak coś ich rozdziela. Bo jak być z kobietą będącą żoną naszego brata, choćbyśmy go nienawidzili z całych sił? Jak być z kobietą starszą od siebie o kilkadziesiąt lat? Albo wręcz przeciwnie, kilkadziesiąt lat młodszą? I wreszcie, jak być z kobietą, która za nic nie może nas sobie przypomnieć?
Jest XXI wiek. Daniel i Lucy spotykają się po raz wtóry. Okoliczności są więcej niż lepsze. Obydwoje są wolni, obydwoje piękni jak marzenie i obydwoje w podobnym przedziale wiekowym. Tylko co z tego, jeśli Lucy, choć niewątpliwie coś ją do Daniela przyciąga, za nic nie może go sobie przypomnieć? I czy Daniel ma w sobie na tyle siły i odwagi, by znów zabiegać o kobietę, którą kolejny raz może stracić? A może jeśli się kogoś tak bardzo kocha powinno się pozwolić mu w końcu odejść…
Poznajemy myśli Daniela, towarzyszące mu przez tysiąclecia, widzimy pewne kluczowe wydarzenia jego życia, a właściwie żyć, z drugiej strony śledząc też z uwagą to o czym opowiada nam Lucy. I ja, jeśli mam być szczera, wyczekiwałam z niecierpliwością tych rozdziałów, których główną bohaterką była właśnie ona. Może jako kobiecie, bliżej mi po prostu do kobiety, a może czekałam na nie ze względu na to, że były tak rzadkie.
Cała opowieść warta jest poznania. To piękna historia, pozwalająca uwierzyć w prawdziwą miłość, i to nie tylko taką do grobowej deski, jak widać. Autorka pozostawiła otwarte zakończenie, umożliwiające nam na własne interpretacje. Wprowadziła odrobinkę napięcia, w miejscach gdzie jest ono najbardziej potrzebna. Dostarczyła mi odrobiny wzruszeń, pozwoliła na zatopienie się w czasach i miejscach tak mi odległych i wlała w moje serce odrobinę ciepełka i nadziei. Bo jeśli coś się kończy to niekoniecznie kończy się na zawsze. A może nawet, nie kończy się nigdy?
Uwielbiałam Brashares serwującą mi opowieść o spodniach, które pragnęłaby mieć w swojej szafie każda nastolatka. A teraz? Cóż, mogę powiedzieć… Teraz uwielbiam Brashares opowiadającą o miłości, jakiej każda kobieta chciałaby doświadczyć.
Ann Brashares, Nigdy i na zawsze, Warszawa, Wydawnictwo Otwarte 2012.
*s. 92.