Co za książka! Wstrząsająca, fantastyczna, genialna rzekłabym. Wciąż nie mogę się po niej otrząsnąć. Wciąż to wszystko we mnie siedzi, zmusza do myślenia. I… gdyby nie to, że tak bardzo chciałabym Was do niej zachęcić to notka ta w ogóle by nie powstała, bo siedzę nad nią już przeszło tydzień, dzień w dzień próbuję coś dodać, piszę i kasuję, i po prostu czuję, że brak mi słów, by wyrazić swój zachwyt.

John Harding przenosi nas do pewnego XIX-wiecznego angielskiego dworku. Już samo to miejsce wprowadza czytelnika w niesamowity klimat. Wyobraźcie to sobie: dom uważany za nawiedzony, wielki, pełen długich korytarzy, w których roi się od tajemniczych zakamarków, obrazów przodków i luster, w których zobaczyć można nie tylko własną twarz. Dom pozostawiony gdzieś tam, na zupełnym odludziu, z dala od cywilizacji, otoczony lasami. A w pobliżu pewne jeziorko, na którym utragiczniła się panna Whiteaker. Właśnie… Bo dwór ten choć może sprawiać wrażenie zupełnie opustoszałego wcale taki nie jest.

Florence i Giles to rodzeństwo zamieszkujące Blithe od urodzenia. Nie pamiętający swoich rodziców, pozostają pod ścisłą kontrolą wuja, którego w życiu nie widzieli na oczy. Kontrolą zabraniającą chociażby pobierać Flo jakąkolwiek naukę, no, chyba, że chodziłoby o lekcje haftowania, wtedy i owszem. Mimo tych drobnych zakazów, życie ich toczy się jednak dość beztrosko, przynajmniej do momentu, gdy to Giles rozpoczyna kształcenie. Flo zaczyna zaś odwiedzać Theo Van Hossier, patykowaty, cierpiący na ciągłe ataki astmy chłopak, mieszkający w sąsiednim dworze. Jej jedyny, jak się wkrótce okazuje, sprzymierzeniec w walce z panną Taylor, nową guwernantką.

Początkowo Siostrzycę bardzo ciężko mi się czytało, nie mogłam się przyzwyczaić do tego specyficznego języka tworzonego przez narratorkę, czasem musiałam zatrzymywać wzrok, domyślać się o co tak naprawdę chodziło. Ale okazało się, że im dalej, tym bardziej wyczekuję tego schodkowania, nocąchodzenia, uniwewygodnienia czy korytarzowania. Mało tego, im dalej czytałam, tym większy był mój podziw nie tyle dla autora, co przede wszystkim dla tłumaczki. 

Florence to młoda, rezolutna osóbka. To bohaterka, z typu tych, do których chcąc czy nie chcąc, pałamy sympatią od pierwszej strony. Głodna wiedzy, zatopiona w książkach od rana do nocy. Tą sympatię dodatkowo wzmagają opisy jej samodzielnej nauki pisania i czytania oraz pobytów w bibliotece, pełnej książek, ukrytej przed wzrokiem mieszkańców, gdzieś w głębi korytarza, pachnącej kurzem i wręcz całą sobą zachęcającej do zatopienia się w lekturze.  

John Harding od samego początku pozwala na wytworzenie pewnej więzi między czytelnikiem a narratorką. W końcu jak nie pokochać dziewczynki, która tak uwielbia czytanie, która robi wszystko, żeby móc obcować z książkami? Przez tę specyficzną więź w pewien sposób zaczynamy się z nią utożsamiać, wnikać głęboko w jej psychikę i tak jak ona… powoli wariować. 

Przyszedł taki moment podczas czytania, że sama zaczęłam się gubić. Straciłam poczucie rzeczywistości. Nie wiedziałam co jest prawda, a co wytworem wyobraźni. Czułam, że autor robi ze mną co chce. To wszystko z dołączoną w gratisie ostro przyspieszającą i zupełnie nieprzewidywalną akcją oraz świetnym zakończeniem, pozostawiającym tak wiele niedomówień daje nam zastrzyk niesamowitych emocji pod koniec. Emocji, po których długo nie można się otrząsnąć. 

John Harding, Siostrzyca, Piastów, Mała Kurka 2011.