Oskar i pani Róża to jedna z niewielu książek, do których regularnie wracam, a fanką Schmitta jestem nieprzerwanie od dobrych kilku lat.

Z niecierpliwością czekam na każdą kolejną premierę jego książki, cieszę się jak dziecko, gdy wpada ona w moje ręce i choć nie zawsze zabieram się od razu za czytanie to jednak na ogół jestem pewna, że rozpłynę się w zachwytach. No cóż, nie tym razem…

Kiki van Beethoven okazała się dla mnie lekturą pełną zaskoczeń. Po pierwsze: okazało się, że na książkę tak naprawdę składają się dwa utwory, z czego drugi Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje… stanowi zapis osobistych przemyśleń autora. Druga sprawa to wiek tytułowej Kiki. Na podstawie okładki ubzdurałam sobie, że Kiki to dziewczynka, mniej więcej w wieku Oskara, Momo czy Josepha. Byłam więc niemal pewna, że dostanę coś w stylu którejś z Opowieści o niewidzialnym. Nic bardziej mylnego! Kiki to absolutnie dorosła kobieta, właściwie już staruszka, a jedynym młodszym bohaterem tego opowiadania jest Boubacar, chłopak, który się do niej pewnego dnia przysiada. Bohaterka tego opowiadania któregoś dnia znajduje w antykwariacie maskę Beethovena, która sprawia, że nie tylko do niej zaczynają powracać pewne wspomnienia, ale też powoduje kilka znaczących zmian w życiu jej przyjaciółek.

Tę część najnowszej książki Schmitta  akurat polecam. Przede wszystkim ze względu na trafne spostrzeżenia dotyczące starości, zestawienie jej z młodością, pokazanie przemijania, ukazanie tego, jak ważne jest czasem zaakceptowanie i znalezienie sensu w pewnych stratach, których doświadczamy. Poza tym bardzo spodobało mi się rozbicie naszego życia na dwa obszary: tu i teraz oraz tego, które przeżywamy tylko w marzeniach.

Niestety, drugim z utworów Schmitt bardzo mnie zawiódł. Nie wiem czy ja jedna to dostrzegłam, ale wydaje mi się, że o ile Kiki van Beethoven jest czymś nowym, czymś czym autor mógłby swych wiernych fanów zaskoczyć, o tyle osobiste refleksje na temat muzyki Beethovena bardzo mocno przypominają Moje życie z Mozartem, tyle, że w dużo gorszej wersji. Mam wrażenie, że autor wiedząc o tym jaki zachwyt wywołał poprzednią książką zawierającą wątki autobiograficzne, postanowił w znaczący sposób bazować na tamtym sukcesie, tyle, że drugi raz nie wyszło mu już to tak dobrze. Cieszę się, że nie muszę mówić, a tylko piszę, bo przez gardło pewnie by mi to nie przeszło, ale niestety… tym razem pisanie wyszło mu po prostu kiepsko. To mógłby być naprawdę dobry tekst. Dobrze mogłoby wyjść to zestawienie poszczególnych utworów z pewnymi wydarzeniami z życia autora, gdyby nie tak dużo rozwodzenia się nad tymi pierwszymi. Momentami miałam wrażenie, że czytam po prostu recenzje: utworu czy opery. W dodatku zbyt dużo tu filozofowania i ocierania się o styl pewnego brazylijskiego pisarza, tak dobrze nam wszystkich znanego. Mam nadzieję, że Schmitt nie pójdzie w tym, niestety, ale zgubnym dla niego, kierunku. Oby to był tylko taki jednorazowy wyskok.

Szkoda, że tytułowe opowiadanie okazało się tym razem tekstem dużo krótszym. Szkoda, że na rzecz czegoś dobrego Schmitt zafundował mi drogę niemalże przez mękę, bo podczas lektury drugiej części książki zastanawiałam się tylko nad tym, jak dużo stron zostało mi jeszcze do końca.

Generalnie nie polecam Kiki van Beethoven na pierwsze spotkanie z autorem, bo ona po prostu Was zrazi do poznania jego wcześniejszych utworów, a to byłaby duża strata.

Tym natomiast, którzy Schmitta już znają i sobie cenią paradoksalnie książkę tę polecam. W końcu te złe rzeczy zawsze pozwalają nam tym bardziej docenić te naprawdę dobre. A takich w twórczości tego francuskiego pisarza jest przecież całkiem sporo.

Eric-Emmanuel Schmitt, Kiki van Beethoven, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.