Gdy sięgałam po pierwszy tom zastanawiałam się czy z równie wielką chęcią będę sięgać po kolejne. Stworzenie cyklu książek osadzonych w miejscu takim jak Perdido Beach, zamkniętej przestrzeni, do której ciężko jednak wprowadzić coś nowego, to nie lada wyzwanie. Zastanawiałam się czy w pewnym momencie to się nie zrobi zwyczajnie nudne. Nadal się zastanawiam, bo w którymś momencie przecież może się takie zrobić. Na pewno jednak jeszcze nie teraz. Jestem po trzecim tomie, a Grant nadal zaskakuje. On nadal trzyma poziom, a ja nadal się zastanawiam jak to możliwe, że w ludzkim umyśle pojawiają się takie wizje.

Po śmierci Drake’a i gaiaphage mieszkańcy Perdido Beach starają się jakoś wrócić do normalności. O ile można mówić o normalności w takich warunkach. W każdym razie znajdują sposób na pozyskanie jedzenia, a przynajmniej niezbędnej dla każdego z nich porcji, wybrana zostaje Rada Miasta, która w zamierzeniu ma decydować o każdej sprawie w miasteczku, odciążając od odpowiedzialności Sama. Co, swoją drogą, póki co niezbyt im wychodzi. Tym bardziej, że w mieście coraz bardziej zaczyna się panoszyć Ekipa Ludzi, na czele z Zilem pałającym nienawiścią do każdego odmieńca. Niewiadomo skąd i dlaczego pojawia się także Prorokini wróżąca, że piętnaste urodziny są niepowtarzalna szansą do wydostanie się z ETAP-u i powrót do rodziców. W dodatku grób Brittney zostaje rozkopany i pusty, a po mieście krążą plotki z żywym Drake’m w roli głównej.

Oprócz spotkania dobrze znanych nam postaci, autor zdecydował się na wprowadzenie kilku nowych: Jill, śpiewającej tak jakby czas się zatrzymał, Nerezzy, pomocnicy Prorokini, której nikt nigdy wcześniej w miasteczku nie widział i rodzeństwa z wyspy oddalonej kawałek od Perdido Beach, które dla mnie stało się jednym z największych atutów tej części. Głownie za sprawą tego jak zgrabnie Grant połączył wydarzenia rozgrywające się w obydwu miejscach. 

Gone po raz kolejny wciąga na tyle, że ciężko książkę odłożyć. Tym bardziej, że nie tylko bohaterowie, ale i sam czytelnik zdaje się pozostawać w ciągłej niepewności. Zaczyna się istne szaleństwo, niewiadomo komu wierzyć, co jest prawda, a co tylko może nią być. Dzieciaki (?) jedzą wszystko byle przeżyć, robią wszystko byle nie zwariować, a przy tym coraz częściej zastanawiają się nad śmiercią, która być może zaprowadzi ich w ramiona kochających rodziców. 

Ja zaś przez całą lekturę, a także po jej zakończeniu, zastanawiałam się gdzie przebiega granica zupełnego zobojętnienia. Jak wiele trzeba przeżyć, do jakiego stanu się doprowadzić, skąd się bierze w ludziach tyle okrucieństwa, że są w stanie zabić, zostawić kogoś na pastwę losu, patrzeć na czyjeść cierpienie zupełnie bez emocji. 

Ocena: 5/6

Michael Grant, Faza trzecia: Kłamstwa, Warszawa, Jaguar, 2010.