Pewnie nigdy nie sięgnęłabym po Zbliżenia, możliwe, że nawet nie zwróciłabym na nie uwagi, wszak do fanek Wiśniewskiego raczej ciężko mnie zaliczyć. Ale sięgnęłam. Tylko dlatego, że pewnego razu odbierając bilety do kina okazało się, że zostało nam kilkanaście minut do rozpoczęcia seansu, za to ani krzty ochoty na bezsensowne chodzenie po sklepach. Skierowaliśmy więc kroki w stronę księgarni. M. wziął coś do przeglądnięcia, a ja złapałam za najnowszą wtedy książkę Wiśniewskiego. Była na tyle niewielka, że sądziłam, że zdążę całą przeczytać. Niestety czas się nieco skurczył, książkę odłożyłam w połowie, uznając, że szkoda mi pieniędzy na coś czego dokończenie zajmie mi nie więcej niż pół godziny i z obietnicą, że wypożyczę ją z biblioteki, żeby dokończyć. Jednak albo nie było czasu, albo była wypożyczone i tak mijał miesiąc za miesiącem, aż w końcu zapomniałam. I przypomniałam sobie dopiero niedawno, sama nawet nie wiem dlaczego.

Zbliżenia o zbiór opowieści o ludziach, których autor spotkał, z którymi rozmawiał. Albo o ludziach, których mógł spotkać i z którymi mógł rozmawiać. Albo o ludziach, których mógł spotkać każdy z nas. Albo jeszcze inaczej… To opowieści, w których każdy może zobaczyć własne odbicie.

Wielu ludzi wkracza w nasze życie zupełnie przypadkowo. Niektórzy pojawiają się na kilka dni, inni niekiedy nawet tylko na kilka godzin. Nieliczni pozostają z nami na zawsze.*

Mamy więc kobietę sprzedająca samochody we Frankfurcie, która marzy o założeniu kawiarnio-kwiaciarni, w której można będzie zatopić się w ulubionej lekturze, która marzy o prawdziwej miłości. Mamy mężczyznę wspominającego kobiety, które kochał, odnajdującego je w zakamarkach pamięci. Kobietę, która czerpie radość z seksu, tylko gdy nie pozostaje w żadnym stałym związku. Kolejarza, który obwinia się za śmierć pięciu osób, bo rzuciły się pod pociąg, który właśnie prowadził. Matkę, która zabrała syna od ojca, zwalając na niego niesłusznie całą winę. Ojca opiekujący się nowonarodzoną córeczką, pragnącego wrócić do znienawidzonej pracy, będącej dla niego jakimkolwiek objawem normalności. I ojca, który płacze nad walizkami dorosłej już córki, układającej sobie własne życie. Jest tu też młoda kobieta – Masza. A właściwie była, bo zginęła w wypadku motocyklowym jadąc z człowiekiem, którego nawet nie kochała. Jest wiele innych osób, a każda na swój sposób wyjątkowa. Każda mająca coś do powiedzenia.

To historie przepełnione wielką tęsknotą. Za miłością, za szczęściem, za przeszłością, za kimś bliskim, za normalnością, za tym co minęło i nigdy nie ma prawa wrócić. Część z nich zachwyca, robi piorunujące wrażenie, sprawia, że książkę po prostu trzeba zamknąć. Żeby odetchnąć, żeby pomyśleć, żeby się jakoś ogarnąć i otrzeć łzy. Ale jest też niestety część, która cały ten niesamowity odbiór psuje. Część, którą najchętniej bym wywaliła. Część, która sprawiła, że byłam wściekła na autora, zupełnie nierozumiejąc jakim prawem pomieszał utwory tak dobre z tak kiepskimi. Szkoda. Może przy zbiorach, czy to opowiadań, czy felietonów, wywiadów, wierszy, czegokolwiek innego jest to jednak nieuniknione.

Ocena: 4/6

Janusz Leon Wiśniewski, Zbliżenia, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2010.

*Tamże, s. 19.