Miałam okazję ostatnio uczesniczyć w dwóch spotkaniach autorskich, na które czywiście, jak największa sierota, zapomniałam wziąć aparatu ;).

 

Pierwsze ze spotkań, z Markiem Krajewskim, odbyło się 17 maja we wrocławskim Ossolineum. Od razu zaznaczę, że żadnej z jego książek dotąd nie czytałam (zapewniam, że niedługo się to zmieni ;)), za to mój tato jest jego wielkim fanem, a ponieważ samemu pewnie nie chciałoby mu się ruszyć czterech liter… no cóż. Poszłam więc i absolutnie nie żałuję, bo choć spotkanie trwało prawie 2 godziny to w ogóle nie odczuwało się tego upływu czasu. Autor mówił rzecz jasna o swojej najnowszej książce Liczby Charona, ale także o swojej fascynacji matematyką ujawniającą się zresztą ponoć w Liczbach… O wykreowanych przez siebie bohaterach, bardzo podobnych, po to tylko, by nie stracić fanów, którzy polubili pierwszego z nich, czyli Eberharda Mocka. Opowiadał o opisach potraw jakie umieszcza w swoich powieściach i o tym jak dużo trudu przysporzyło mu stworzenie sceny erotycznej, co zawsze wydawało się zadaniem dość banalnym. Nie obyło się oczywiście bez wspomnienia o mistrzach pisarstwa, od których autor uczy się opisów przyrody czy tworzenia portretów psychologicznych. To zaś co najbardziej zachęciło mnie do autora to ciągłe podkreślanie, że nie jest on żadnym wybitnym pisarzem, że to co robi to tylko i wyłącznie jego praca, a on jest zwykłym rzemieślnikiem, który ma wyznaczony plan zajęć i gdy mija pora na pisanie to potrafi przerwać zdanie dosłownie w połowie. Mam wielką nadzieję, że jego książki mnie nie zawiodą. Byłoby szkoda zepsuć sobie tak pozytywne wrażenia.

 

Na drugie spotkanie, z Marleną de Blasi, udałam się tylko i wyłącznie dzięki temu, że zaglądam na blogi książkowe. Gdyby nie informacja u Montgomerry nie miałabym pojęcia, że cokolwiek się odbywa, bo na stronie Empiku oczywiście informacji o Wrocławiu zero. Potem dziwne, że niewiele osób na te spotkania przychodzi… No ale nic to, było jak było najważniejsze, że się dowiedziałam i mimo nieznajomości jej książek poleciałam na spotkanie, głodna, zmęczona i wściekła, bo jak się okazało autorka spóźniła się pół godziny. Nic to, wierzcie, że cała złość mi przeszła, gdy de Blasi się pojawiła, bo emanowało od niej tak niezwykłe ciepło, że ciężko było się gniewać ;). Oczywiście zaczęło się od rozmowy o jej nowej książce Smaki północnej Italii, od której zgrabnie przeszliśmy do tematu jedzenia, przepisów, włoskiej kuchni i niemożliwości całkowitego jej odtworzenia w jakimkolwiek innym miejscu, choć oczywiście warto próbować. Swoją drogą, wyobraźcie sobie co podczas tych rozmów wyczyniał mój biedny, pusty żołądek. Autorka mówiła także o polskich potrawach, bo jak się okazało miała już okazję spróbować pierogów i żurku, które za sprawą polskich przyjaciół być może zagoszczą i na jej włoskim stole. A ponieważ wydanie Smaków północnej Italii zbiegło się trochę w czasie z wydaniem Amandine to i o niej mogliśmy posłuchać. I szkoda tylko, że prowadzącemu śpieszyło się do zakończenia, bo mimo grających kiszek, mogłabym autorki słuchać i słuchać.

***

A na deser, pochwalę się jeszcze kilkoma zdjęciami z naszego wyjścia do Zoo. Niby jestem tam co roku, ale za każdym razem robię zdjęcia i za każdym razem cieszę się jak dziecko. Swoją drogą do tej pory nie wiem jakim cudem udało mi się te zdjęcia tym razem zrobić, bo wierzcie – było ciężko. To, żeby udać się tam akurat 1 maja nie było naszym najlepszym pomysłem ;)