Włochy, ach te Włochy, aż ciężko zliczyć jak wielu książkom posłużyły za tło. Nic zresztą dziwnego, skoro, jak się okazuje, wystarczy do Włoch dodać jakiegoś przystojnego mężczyznę, który bohaterce (najczęściej będącej również autorką) zawrócił w głowie na tyle, że gotowa była na rezygnację z dotychczasowego życia i bestseller mamy murowany.

Spokojnie jednak, tym razem narzekania nie będzie, na szczęście niewiele tych rzekomych włoskich bestsellerów miałam okazję do tej pory czytać, toteż zamiast marudzić na nudę i wtórność mam prawo trochę się pozachwycać. Zwłaszcza, że naprawdę jest czym.

Gdy Penny i Alfonso trafiają na Procidę, zakochując się w atmosferze tego miejsca niemal od pierwszego spojrzenia. Błękit morza, intensywność zapachu, drzewa uginające się od świeżych owoców to coś, co nie pozwala im opuścić wyspy. Coś, co sprawia, że postanawiają zostać na niej przynajmniej na rok. A w przyszłości może zamieszkać tam na stałe.

Zachwyciły mnie realia Procidy, tej małej wysepki na północ od Capri, jej wąskie uliczki, domki rozbudowywane w miarę rozrostu rodziny i niesamowicie ciepły klimat, spowodowany nie tylko słoneczną pogodą. Zachwyciła mnie społeczność, która tam zamieszkuje, ludzie, jak się okazało, dość nieufni i ostrożni w kontaktach z nowoprzybyłymi, ale za to niezwykle serdeczni i otwarci w stosunku do swoich. Zresztą to właśnie ludzie są przecież niezbędnym składnikiem do prowadzenia szczęśliwego życia, nie tylko na małej włoskiej wysepce, ale w każdym zakątku świata. Green właściwie w każdym rozdziale pozwala sobie na przywołanie, czasem dość osobistych, historii swoich znajomych czy przyjaciół. Często są one zabawne, momentami dość wzruszające, ale jak odnosimy wrażenie, zawsze wywierające jakiś wpływ na zachowanie autorki, w jakiś sposób oddziaływujące na jej życie czy choćby dodające otuchy i zmuszające do dalszego działania.

Kolejnym ważnym w tej książce elementem, który nigdy chyba nie przestanie mnie zachwycać, a którego przy powieści osadzonej na tle włoskiej kultury po prostu nie mogło zabraknąć, jest oczywiście jedzenie. Nierozerwalnie zresztą związane ze społecznością Procidy, dla której zorganizowanie kolacji dla osiemnastu osób zdaje się nie stanowić najmniejszego wyzwania. To cudowne z jakim nabożeństwem traktuje się przygotowanie każdej z potraw, jak wielką radość sprawia wyspiarzom gotowanie i jak łatwo przychodzi im znalezienie okazji do wspólnych posiłków. Święto karczocha, święto chleba, święto mandarynek… momentami miałam wrażenie, że każdy ze składników włoskiej kuchni ma swoje święto, podczas którego w centrum miasteczka można cieszyć się posiłkiem z nim w roli głównej.

I choć nie sądzę bym kiedykolwiek odważyła się na sałatkę z ośmiornicy czy pastę z dodatkiem mątwy to Green opisuje każde z dań w tak smakowity sposób, że wielką nieostrożnością, żeby nie powiedzieć głupotą, jest zasiadanie do lektury z pustym żołądkiem. Żeby nie było, że nie ostrzegałam! Dużą niespodzianką i zapewne wielkim plusem dla osób lubiących trochę poeksperymentować w kuchni, są przepisy zamieszczone na końcu każdego z rozdziałów. Nie odmówię sobie wypróbowania kilku z nich.

Cieszę się też, że wydawnictwo zdecydowało się na uzupełnienie opowieści Green kilkoma zdjęciami, ale nie rozumiem dlaczego są to zdjęcia czarno-białe. Świeże cytryny i karczochy, obiad w ogrodzie, wybrzeże wyspy to wszystko aż prosi się o pokazanie w rzeczywistych, intensywnych kolorach.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ocena: 5/6

Penelope Green, Na północ od Capri, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.