Pyk. Oczko. Kolejny rok za mną.

Mimo wszystko nie cieszę się na każde kolejne urodziny. Wcale. Życzenia, prezenty, to wszystko jest miłe, nie da się ukryć. To poczucie, że ktoś tam o mnie jednak pamięta, że nie szkoda mu tych paru groszy na smsa albo rozmowę telefoniczną. To jest niezwykłe.

Z drugiej strony zdaję też sobie sprawę jak te życzenia momentami tracą na wartości. Zwłaszcza gdy składane są zupełnie bez sensu, bezmyślnie, dlatego tylko, że dostajemy powiadomienie na tym czy innym portalu społecznościowym.

Nie mówię, że te portale są czystym złem. Nie, bo miło było dostać życzenia także od znajomych blogerek, którym i z tego miejsca serdecznie dziękuję, a które w normalnych okolicznościach nie mogłyby wiedzieć o tym, że dzisiejszy dzień to dla mnie nie tylko Lany Poniedziałek ;). A pomijając już to często pozwalają mi także utrzymać kontakt z osobami, z którymi inaczej nie mogłabym go utrzymać.

Nie rozumiem jednak ludzi, z którymi nie rozmawiałam od lat, z którymi właściwie już nie miałabym o czym rozmawiać, którzy czasem potrafią odwrócić głowę w drugą stronę widząc mnie na ulicy, ale życzą mi tego i owego. Po co? Jakieś dziwne poczucie obowiązku, czy co? Że już nie wspomnę o tym, że czasem do znudzenia potrafią wysyłać zaproszenia, które człowiek w końcu akceptuje, dla świętego spokoju. Nie potrafię tego ogarnąć, po prostu

Wracając natomiast do samych urodzin, cóż, czasami wolałabym się po prostu zatrzymać w miejscu. Albo może cofnąć najlepiej.

Niezbyt optymistyczne to wszystko, zdaję sobie sprawę. Czasem muszę ponarzekać, przecież każdy czasem musi.

Nic to, nie stajemy się coraz młodsi. Choć może właśnie o to chodzi, by mimo upływającego czasu zachować w sobie jakąś cząstkę małego dziecka? Ja ją czuję, jest we mnie i przypomina mi o swoim istnieniu, dzień po dniu. Nigdy nie chcę o nim zapomnieć.