O książkach staram się pisać zaraz po przewróceniu ostatniej kartki, tak jest mi łatwiej. Jestem wtedy na świeżo, wszystkie emocje jeszcze we mnie krzyczą. Nad recenzją Beatrycze i Wergili siedzę ponad tydzień i nadal nie wiem z której strony ją ugryźć, a choć emocje nadal są, kotłują się i próbują wyjść, to nie tak łatwo jest je przelać na klawiaturę.

Henry jest pisarzem, który niewątpliwie odniósł wielki sukces. Dane mu było poznać opinie czytelników, uczestniczyć w spotkaniach z nimi, udzielać wywiadów. W końcu postanowił napisać kolejną książkę. Książkę dwustronną, z której jedna strona miała być oparta tylko i wyłącznie na faktach, w drugą zaś tchnął odrobinę fikcji. Pięć lat zajęło mu napisanie tej książki, pięć lat dopieszczał swe dzieło, a gdy już było gotowe do druku spotkał się z całkowitym niezrozumieniem. Wydawcy, księgarze, a przede wszystkim historycy skutecznie pozbawili go złudzeń co do tego, że to mogłoby się sprzedać. Wszak kolejna książka o Holokauście, choćby wydana w taki sposób, nie ma racji bytu.

Zrezygnowany postanawia wyjechać do innego miasta, zapomnieć o wszystkim i ułożyć swe życie na nowo. Dostaje listy od czytelników, to jasne, na wszystkie nawet stara się odpowiadać. Aż pewnego dnia dostaje tajemniczą kopertę, grubszą niż inne, w której znajduje Legendę o św. Julianie Szpitaliku Flauberta, w której zaznaczono fragmenty dotyczące zwierząt oraz jedną scenę ze sztuki, w której także główną rolę odgrywają zwierzęta. O co w tym wszystkim chodzi, kto jest nadawcą, i jak ma się Beatrycze i Wergili do losów nie tylko Henry’ego, ale całej ludzkości, dowiedzieć się możemy tylko zagłębiając się w lekturę.

Cała powieść napisana jest gładko, tak gładko, że mimo alegorii, mimo porównań z Holokaustem, mimo wyrazistych opisów prześlizgujemy się przez nią niemal niezauważalnie i już, już, myślimy, że po odłożeniu na półkę cała treść po nas spłynie i da szybko o sobie zapomnieć. Autor jednak, podobnie jak w Życiu Pi, najlepsze zostawia na sam koniec, i na kilkunastu ostatnich stronach serwuje nam Gry dla Gustawa, po których ciężko będzie nam zasnąć.

Po raz kolejny Martel napisał książkę, która na długo zagości w naszej pamięci. Po raz kolejny zadał, tym razem dosłownie, pytania dotyczące naszej egzystencji, pytania o to jak ważne jest ludzkie życie, ile jesteśmy w stanie poświęcić dla ratowania siebie i bliskich. Nawiązując do dzieła Flauberta i wydarzeń znanych nam z historii zmusza nas do refleksji nad tym jak traktować należy zbrodniarzy, i czy gdy naprawiamy błędy to możemy mówić o ich całkowitym wymazaniu. Przede wszystkim zaś pyta o to jak? Jak i czy w ogóle mówić o tym co było, gdzie znaleźć odpowiednie słowa i czy nie lepiej byłoby zapomnieć.

Ocena: 5/6

Yann Martel, Beatrycze i Wergili, Warszawa, Wydawnictwo Albatros 2010.