Zauważyłam, że ostatnio coraz bardziej zaczyna mnie drażnić opadająca do samej ziemi szczęka rozmówcy, gdy przyznam się, że nie czytałam Mistrza i Małgorzaty*. Nie, nie czytałam. Nigdy nie odczuwałam potrzeby, kanon lektur też jakoś tego nie objął. Być może nawet nigdy tej książki nie przeczytam, bo życia mi nie starczy, a być może kiedyś poczuję przemożną ochotę, by sięgnąć właśnie po nią.

Prawda jest jednak taka, że ja z zasady bardzo rzadko sięgam po klasykę. Bo też i rzadko kiedy sprawia mi ona prawdziwą przyjemność. Tak, czytam książki dla przyjemności, to jest mój główny cel i, o zgrozo, nie widzę w tym nic złego. Jest tak wiele innych frapujących mnie rzeczy, że leżąc wieczorem w łóżku naprawdę niewielką mam ochotę, by sięgać po książki napisane być może najcudowniejszym językiem świata, ale w taki sposób, że ja ich po prostu nie ogarniam. Po co mi pięknie pobudowane zdania skoro ni w ząb nie pojmuję o co autorowi w ogóle chodziło i jak to się ma do epoki, w której dane mu było żyć.

Nie czytam klasyki, ale w ogóle przecież czytam. Czytam moim zdaniem dużo. Czytam codziennie. Każdego dnia bez względu na wszystko staram się znaleźć choć godzinkę dla lektury. I co z tego, że sięgam po fantastykę, przy której chcę się uśmiechnąć albo po czytadła, przy których mam ochotę się wzruszyć? Dokładnie tak, pośmiać i wzruszyć. Tego właśnie za każdym razem szukam w lekturze. Emocje to właśnie to co pcha mnie nie tylko do książek, ale i do filmów. Przy czytaniu chcę coś czuć. Złość, wzruszenie, współczucie, cokolwiek, byle nie tryumf, że czytam Tołstoja* i przez to jestem tak szalenie inteligentna.

Czy czytając książki Cobena czy Kinselli* każdego z trzystu sześćdziesięciu pięciu dni naprawdę jestem gorsza i głupsza od tego, który przeczyta w ciągu całego roku jedną książkę Bułhakowa*? Czy naprawdę tylko dlatego, że sięgam po literaturę łatwą i przyjemną, ale robię to dzień w dzień, a nie raz na pół roku, mam być czytelnikiem niższej kategorii?

Nie czepiam się w tym momencie, broń Boże, ani tych czytających klasyków, ani tym bardziej tych, którzy czytają jedną książkę rocznie (lepsze to niż nie przeczytanie nawet trzystronicowego artykułu), po prostu chciałabym, żeby przestano się czepiać mnie i w ogóle tych, którzy sięgają po lektury lżejszego kalibru.

Nie znam światowej klasyki, ba, ja nie znam nawet polskiej klasyki, znam za to wielu współczesnych autorów. Znam, czytam i odczuwam z tego powodu wielką satysfakcję i nie chcę się czuć źle tylko dlatego, że nie znam tego co każdy znać powinien. Nigdy nie lubiłam robić tego co powinnam.

Czasem czytam coś, jak to się mówi, ambitnego. Coś co wymaga maksymalnego skupienia na lekturze, robię to jednak niezmiernie rzadko. Każdy czerpie przyjemność z czego innego, ja czerpię ją akurat z czytadeł. Czy to naprawdę aż takie złe?

*to tylko przykłady podane na potrzeby tej notki, które mogę mnożyć i mnożyć w nieskończoność