Szeptem czytałam w maju. Czy czekałam na kolejną część? Czekałam, ale nie z jakąś wielką niecierpliwością. Nie zaglądałam z utęsknieniem na zapowiedzi wydawnictwa Otwarte. Wiadomo, chciałam przeczytać dalsze losy Nory i Patcha, zwłaszcza, że skończyły się w takim momencie… Właśnie, jakim? Pamiętam, że zakończyło się tak, że wiadomo było, że kilka kwestii powinno wyjaśnić się w kolejnym tomie, pamiętam, że strasznie się zdenerwowałam, gdy autorka zamiast dać odpowiedzi zadała kolejne pytania, tyle, że gdy zaczęłam czytać Crescendo okazało się, że tak naprawdę nie pamiętam o co w tym wszystkim chodziło. Wszystko mi się pomieszało, a wątki z Szeptem jakoś dziwnie poprzeplatały z innymi powieściami. W dodatku sam początek Crescendo był okazał się dość męczący i zastanawiałam się czy książki jednak nie odłożyć, bo w pewnym momencie do furii zaczęło mnie doprowadzać najpierw wielkie gruchanie dwójki bohaterów, potem wielkie niezdecydowanie Nory. Wiadomo, od miłości do nienawiści dzieli nas tylko jeden krok, ale żeby przeskakiwać z jednego uczucia na drugie pięć razy na minutę? Jednak przebrnęłam. Przebrnęłam i cieszyłam się bardzo, że książki nie odłożyłam, bo naprawdę warto przemęczyć się przez te kilkanaście początkowych stron, bo zaraz po nich Fitzpatrick funduje nam taki ogrom emocji, że nie sposób się od książki oderwać.

Powieść zaczyna się od sceny śmieci ojca Nory, która miała miejsce jeszcze przed wydarzeniami opisanymi w Szeptem i właściwie całe Crescendo jest osnute wokół tych wydarzeń i dążeń głównej bohaterki do poznania mordercy. Oprócz nich jednak mamy całe mnóstwo wątków pobocznych, w tym rozstanie Nocy z Patchem będącym teraz jej osobistym Aniołem Stróżem, które to główna bohaterka tak strasznie przeżywa. Przyjazd do miasteczka Scotta, z którym Nora przyjaźniła się w dzieciństwie. Rozwijający się powoli, ale skutecznie związek Patcha z Marcie, największym wrogiem Nory. A w końcu i związek Vee z Rixonem, przyjacielem Patcha, jakże niegrzecznym i jakże seksownym, co nikogo zresztą nie powinno dziwić, bo na stronach czy to Szeptem czy Crescendo nie sposób przecież znaleźć ani jednego grzecznego chłopca. To wszystko wydaje się być naprawdę banalne, ale w wykonaniu Fitzpatrick, o dziwo, wcale nie jest. Autorka umiejętnie splata ze sobą wszystkie wątki, zasiewając w nas co chwilę ziarnko niepewności, a przy tym używając języka łatwego i przyjemnego, takiego przy którym, mimo całego natłoku wydarzeń, nie sposób się jednak zgubić i takiego, który powoduje, że niemal podświadomie zaczynamy sami dążyć do rozwiązania wszystkich mrocznych sekretów. Właśnie, my dążymy, a autorka zakończeniem i tak bezczelnie zagra nam na nosie, udowadniając, że wcale nie mieliśmy racji i zmuszając, że chcąc czy nie chcąc znów zaczynamy czekać na kolejną część, mając nadzieję, że może tym razem czekanie to potrwa jednak odrobinę krócej.

I właściwie ciężko mi ocenić tę książkę. Bo co jeśli uleci z mojej pamięci tak samo szybko jak pierwsza część? Jeśli czytając część kolejną znów okaże się, że tak naprawdę nie pamiętam o co chodziło to chyba nie powinnam jej stawiać na półce obok tych najlepszych, prawda? Więc stawiam ją nieco niżej, ale jednak nie za nisko, bo jednak jest we mnie jeszcze ta nastolatka wierząca w miłość, która może istnieć wbrew wszelkim przeszkodom i kibicująca zawzięcie temu związkowi, który nie ma podstaw istnieć.

Ocena 4,5/6

Becca Fitzpatrick, Crescendo, Kraków, Otwarte, 2011.