Wszystko zaczyna się od Leny, Leny i Sary. I ich mamy, która odeszła. I ojca, który nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca, zmuszając swoje dziewczynki do ciągłych zmian mieszkania, szkół, przyjaciół., a przy tym wciąż nawiązując nowe, mało znaczące romanse. A potem jest już dorosła Lena, nie tracąca nadzieji na odnalezienie dawno zaginionej siostrzyczki, znająca na pamięć szczegóły każdej katastrofy, która miała miejsce od tamtej pory. Pozująca dla studentów ASP i okłamująca wszystkich wkoło, a nawet samą siebie. Lena, kobieta, która nie potrafi się odnaleźć, wziąć się w garść, jakoś poukładać włanego życia. Kobieta, która wciąż zadaje sobie te same pytania. A właściwie jedno pytanie. Dlaczego to właśnie ona została?

I jest w tej powieści również Agnieszka. Dorosła już kobieta, która nadal nosi w sobie wystraszone dziecko. Dziecko które matka oddała na przechowanie przyjaciółce i wróciła po nie, gdy dziewczyna zdążyła się już przyzwyczaić do obecnej sytuacji, gdy zapomniała o tym, że kiedyś w ogóle miała matkę. Kobieta, która obecnie odnosi sukcesy na scenie muzycznej, kobieta, która nie wie nic o swojej przeszłości, która miała sobie nie poradzić, gdy znalazła się w obcym kraju bez znajomości języka i która już w podstawówce miała farbowane włosy, nikt nie wie właściwie dlaczego.

A w połowie mniej więcej, gdy wszystko zaczyna nam się już zgrabnie układać, gdy mamy już jakieś swoje wyobrażenie końca i wiemy jak wydarzenia się potoczą autorka te nasze wyobrażenia rzuca rzuca na ziemię i depcze, i nagle pojawia się też Monika, kobieta znaleziona na plaży w Łebie, w środku nocy. Wychudzona, blada, posiniaczona. I swoje teorie dotyczące zakończenia znów musimy budować od nowa, i główkujemy tylko po to, żeby główkować, bo niczego nie da się w tej powieści rozgryźć, bo zakończenie i tak nas zaskoczy.

Nie jest to książka, która zachwyca. Na pewno nie. Bo i nie powinna ona zachwycać. Raczej niepokoić, szokować, przerażać. Wywoływać w nas emocje, oddziałowywać, czyli robić z czytelnikiem to na co pozwolić sobie mogą ci nieliczni. W obliczu talentu Wardy naprawdę ciężko jest mi skleić choć kilka zdań, bo boję się, że to wszystko wypadnie znów tak strasznie banalnie. Tylko co ja właściwie mogę napisać za wyjątkiem tego, że autorce tak strasznie zazdroszczę? Tego talentu właśnie, tego grania na uczuciach, tego zagłębiania się w psychikę swoich bohaterów i przenikania do umysłu czytelników. Tej umiejętności trzymania czytelnika w ciągłym napięciu i robienia z nim co tylko jej się spodoba. Tego, że zwykłymi przecież słowami potrafi wywołać płacz, uczucie przerażenia, nostalgii, niedowierzania i potrzeby odłożenia na chwilę książki, by móc w spokoju pozbierać myśli. Zazdroszczę po stokroć, a przy tym cieszę się, że na półce od jakiegoś czasu czekają na mnie Dłonie, licząc na kolejną dużą dawkę emocji.

Ocena: 6/6

Małgorzata Warda, Nikt nie widział, nikt nie słyszał…, Warszawa, Świat Książki, 2010.