Wyjątkowo rzadko przy dzieciach poruszamy temat śmierci. Ciągle wydaje nam się, że są zbyt młode i zbyt zdrowe, że temat śmierci ich nie dotyczy, że choroby powinny omijać je wielkim łukiem. Jak wielkim ciosem jest gdy nagle ten zbyt młody i zbyt zdrowy przecież człowiek okazuje się nieuleczalnie chory, a my, dorośli, nawet nie potrafimy z nim o tym porozmawiać, bo jak w takiej sytuacji znaleźć odpowiednie słowa?
Franny za niedługo ma skończyć szesnaście lat. Jest więc w wieku, w którym nasze życie powoli się naprawdę zaczyna. Z dziecka zaczynamy stawać się młodymi dorosłymi, stajemy przed pierwszymi samodzielnymi decyzjami (chociażby tą dotyczącą wyboru liceum), czają się też na nas wszelkie pokusy, więc nie jest wcale kolorowo, ale mimo tego jest przecież pięknie. A życie Franny właśnie się skończyło. Wszystko zostało jej odebrane przez Muki, bo tak na własne potrzeby nazwała mukowiscydozę, chorobę, która uniemożliwiła jej przejście w dorosłość. I Franny o tym wszystkim nam opowiada. O tym jak dowiedziała się o chorobie, jak trudno było jej się z tym pogodzić i jak to jest po drugiej stronie. I opowiada o ludziach i o tym jak jesteśmy bezmyślni. O samobójcach, którzy odbierają sobie rzecz dla Franny tak cenną. O ludziach płaczących na pogrzebach, chociaż dusza w drodze do nieba tak bardzo chciałaby widzieć uśmiechy. Na twarzach swoich bliskich. O tym jak nie doceniamy życia, nie potrafimy się cieszyć drobnostkami i wciąż myślimy, że tyle jeszcze życia przed nami. I opowiada o przyjaźni, pięknej przyjaźni, silniejszej niż śmierć, takiej o której marzy każdy z nas.
I mogłoby być pięknie, tyle, że niestety w moim mniemaniu porównanie jakiejkolwiek książki do Małego Księcia, który dla mnie jest absolutnym mistrzostwem, do czegoś jednak zobowiązuje i automatycznie podnosi moje wymagania. W ogóle strasznie drażni mnie porównywanie do Małego Księcia każdej książki z dzieckiem w roli głónej. Ja wiem, że to automatycznie zwiększa krąg potencjalnych odbiorców, a tym samym zyski, ale podnosi tym samym poprzeczkę i to bardzo wysoko i wielu czytelników może się zawieść. Swoją drogą ja sama powinnam chyba przestać wierzyć w te porównania, bo tylko się potem niepotrzebnie denerwuję.
Wracając do Najdalszej podróży denerwował mnie styl, moim zdaniem zdecydowanie zbyt dziecinny jak na piętnastolatkę, z wtrąceniem tu i ówdzie znów zbyt dorosłych wyrażeń. Choć całkiem możliwe, że po prostu się nie znam. Tyle tylko, że ja też miałam te piętnaście lat i to wcale nie aż tak dawno, a wokół siebie miałam mnóstwo rówieśników i po prostu wiem, że ludzie w tym wieku tak nie mówią, nie piszą, nie zachowują się. Druga sprawa, miałam niestety wrażenie, że autorka stara się poruszyć zbyt wiele naprawę ważnych kwestii na jednej stronie i to, co w moim odczuciu powinno być omówione szerzej zostało skrócone do dwóch, trzech zdań. Szkoda, bo książka naprawdę miała wielki potencjał i pewnie gdyby nie to moje nastawienie to książkę oceniłabym naprawdę wysoko. A tak niestety oceniam ją jako lekturę dobrą, naprawdę dobrą, ale niestety nie zachwycająca, nie powalającą. Choć może kiedyś zdecyduję się do niej wrócić. Z innym już podejściem, z innymi wymaganiami, może wtedy zachwyci.
Ocena: 4/6
Constanze Kopp, Najdalsza podróż. Krótka opowieść o życiu i umieraniu. Kraków, Esprit, 2010.