Ta książka zdecydowanie nie należy do kategorii przeczytaj i zapomnij. To książka po której człowiek zaczyna myśleć, analizować z nadmierną dokładnością swoje ciało i reakcje. Zaczyna się zastanawiać czy palce jego dłoni zaciskają się aby na pewno wystarczająco mocno, a skurcze w nodze są tylko wynikiem nadmiernego napięcia mięśni. A co jeśli to te początkowe, prawie niewidoczne objawy SLA, które zazwyczaj się ignoruje?

SLA, czyli stwardnienie zanikowe boczne to choroba, na którą cierpiała autorka książki. To choroba, która powoli pozbawia człowieka wszelkich podstawowych przyjemności, paraliżuje go, nie pozwalając na jedzenie ulubionych potraw czy przytulenie ukochanego dziecka, a w końcu i na oddychanie. To jedna z tych chorób, która przeraża tym bardziej im dłużej się o niej myśli. Ulla-Carin opisuje historię nie tylko swojego życia, ale i swojego umierania, które pełne jest smutków, ale i radości, bo paradoksalnie zaczynamy doceniać swoje życie i cieszyć się z najmniejszych drobnostek, wtedy dopiero gdy zaczynamy je tracić. Opowiada też o problemach związanych z otrzymaniem odpowiedniej opieki medyczne, choć tu akurat moim zdaniem Szwecji jako państwu należą się wielkie brawa, bo w porównaniu do naszych polskich realiów, tam człowiekowi umierającemu zapewnia się warunki na naprawdę wysokim poziomie. Myślami często wraca do wydarzeń sprzed kilku(nastu) lat.

Wiosłować bez wioseł należy do książek, które wzruszają. Tym bardziej, gdy pomyśli się o tym, że autora nie ma już wśród nas.

Ocena: 5/6

Ulla-Carin Lindquit, Wiosłować bez wioseł. Książka o życiu i śmierci, Warszawa, Jacek Santorski & CO, 2006.