Księga Diny to już chyba książka – legenda. Znana za sprawą ponoć świetnej ekranizacji, ale nie mnie oceniać, bo póki co jeszcze jej nie widziałam, kosmicznych cen na allegro, wywołanych dawno już wyczerpanym nakładem czy pozytywnych opinii, które pojawiają się tu czy tam co jakiś czas i które właśnie, w moim przypadku zdecydowały o wielkiej chęci na zapoznanie się z tą norweską powieścią.
Jak zwykle w przypadku dobiegających zewsząd achów i ochów napaliłam się na książkę licząc chyba na ósmy cud świata. Niestety, cudem to to nie jest, chociaż nie mówię też, że to powieść zła. Nie, po prostu jak zwykle nastawiłam się na zbyt wiele.
Dina, która jako dziecko przyczyniła się do śmierci matki, wychowywana przez obojętnego na wszystko ojca, poślubiona dużo starszemu człowiekowi. Posiadająca męskie nawyki. Nie podlegająca żadnym regułom, tworząca własne zasady. Buntująca się, zaborcza, wojownicza, władcza. Widząca cały czas w pobliżu swą matkę, słysząca nieustannie jej krzyk.
Mnie nie zauroczyła, nie zaimponowała mi w żaden sposób, momentami strasznie mnie drażniła, nie widziałam w niej niestety zranionego dziecka, za to mocno współczułam osobom, które ją otaczały, za to, że dają sobą tak pomiatać, że podporządkowują się kobiecie, która nikomu nie potrafi okazać krzty szacunku.
To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że Wassmo odwaliła kawał dobrej roboty pisząc powieść przesiąknięta zimnem i nostalgią krajów skandynawskich, oddając klimat XIX-wiecznej Norwegii i w końcu kreśląc postać tak wyrazistą i budzącą tyle emocji, nawet jeśli, tak jak w moim przypadku, nie są one pozytywne. I chociaż mnie powieść nie zachwyciła jestem święcie przekonana, że nie jedną osobę porwie, a sama postać Diny stanie się dla nich ideałem kobiety charyzmatycznej i potrafiącej postawić na swoim.
Ocena: 4/6