Tak nawiązując trochę do wpisu na temat Miłości od ostatniego wejrzenia przy tej książce chciałoby się aż powiedzieć: o, patrzcie, to właśnie dzieje się po ślubie. A dzieje się to, że Robert jako młody mąż jadący do ukochanej żony zastaje ją w niedwuznacznej sytuacji z innym mężczyzną. To stanowi dla niego impuls do podjęcia wyzwania i przejechania na rowerze przez Chiny, Wietnam, Kambodżę i Laos, swoją drogą zastanawiam się czemu tego Laosu zabrakło w tytule. Siedem tysięcy kilometrów w sześć miesięcy.

Jak dla mnie wyczyn to imponujący, tym bardziej w momencie gdy jedzie się samotnie i ze złamanym sercem. Podziwiam autora za to co udało mu się dokonać, za upór i przede wszystkim za odwagę, bo wiem doskonale, że sama nigdy bym się na coś takiego nie odważyła. I cieszę się strasznie, że miałam okazję przeczytać jego relację z podróży. I choć zdaję sobie sprawę, że jak na książkę podróżniczą mało tu opisów mijanych miejsc to jednak uważam, że Maciąg dobrze zrobił na pierwszy plan wyciągając nie te krajobrazy, które przecież oglądać możemy na zamieszczonych w książce zdjęcia, ale mijanych ludzi. Ludzi na wśkroś różnych, fałszywych i szczerych, pomocnych i szkodliwych, ludzi którzy niejednokrotnie bardzo mu pomogli i ludzi bez których być może nie dokonał by tego wszystkiego oraz tych, którzy mu tę podróż utrudnili. Cieszę się także, że w tym wszystkim nie zapomniał pisać o własnych emocjach i nie dziwię się, że czasem brakowało mu sił i miał wszystkiego dosyć, bo zdziwiło by mnie gdyby po takim ciosie i w takich warunkach zachowywał wieczny uśmiech na twarzy. Mogę tylko żałować, że książka jest na tyle krótka, że łyka się ją w zaledwie parę godzin.

Ocena: 4/6

Robb Maciąg, Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę, Poznań, Zysk i S-ka, 2008.

Zapraszam również na stronę autora.