Lise była kiedyś zwyczajną kobietą, piszącą książki dla dzeci, mająca u boku kochanego męża i dwójkę potomków. Właśnie, była. Aż do momentu gdy za jedną ze swoich książek zdobyła nagrodę Akademii. Wtedy zaczęła się sława, ludzie o niej usłyszeli, a jej życie zaczęło się psuć. Chociaż nie, nie wiem czy to był ten moment gdy wszystko uległo zmianie, Lise pewnie też tego nie wie. Czy ktokolwiek potrafi wskazać ten jeden, jedyny moment od którego wszystko się zaczęło? Albo skończyło. Ja nie potafię jednoznacznie określić w którym ułamku sekundy coś się w moim życiu na zawsze zmieniło.

Tak więc u Lise zmieniło się wszystko. Zaczęła wyczuwać spisek ze strony męża i pomocy domowej, potem ze strony dzieci, wreszcie przestała ufać najlepszej przyjaciółce. Zaczęła słyszeć głosy, zaczęła mieć halucynacje, stopniowo zaczęła się staczać, a wreszcie nie potrafiła już wskazać różnicy między rzeczywistością, a wytworami swojego chorego umysłu, co doprowadziło ją do podjęcia samobójczej próby i w efekcie zamienienia swego lokum na szpital psychiatryczny.

Mało jest książek, które potrafią wywołać we mnie aż tak silne emocje, mało jest książek, które potrafią sprawić, że ja sama się gubię, że nie potrafię odróżnić prawdy od fałszu, jawy od wytworów wyobraźni, że zaczynam się bać tego co zobaczę na natępnej stronie. Mało jest utworów, które potrafią sprawić, że razem z bohaterką wariuję od samego czytania, jednocześnie ciesząc się, że po przeczytaniu otatniego słowa i zamknięcia książki raz na zawsze wszystko wróci do normalności. Więc jeśli ktoś potrafi pisać w taki sposób, że ja, leżąc we własnym łóżku zaczynam czuć i przeżywać to co bohater, jeśli tak samo się boję i tak samo pragnę uciszyć to wszystko wokół, albo najlepiej uciec gdzieś daleko to znaczy to tylko tyle, że to naprawdę znakomity pisarz.

Polecam, bo to mocna rzecz i książka naprawdę godna uwagi.

Ocena: 6/6

Tove Ditlevsen, Twarze, Warszawa, KOJRO, 2007.