Jeśli chodzi o twórczość Gaardera to czytałam jego w zwierciadle, niejasno, które wypadło całkiem nieźle, potem przyszła kolej na dziewczynę z pomarańczami, która mnie zachwyciła, a teraz znów sięgnęłam po zamek w Pirenejach, po którym mam dość mieszane uczucia.

Zamek w Pirenejach to spisane w formie e-maili wspomnienia dwójki ludzi będących kiedyś parą i kochających się jak mało kto. Ludzi zupełnie różnych, o różnych poglądach, wyznających różne życiowe prawdy i próbujących przekonać tą drugą osobę koniecznie do swoich racji. Ludzi, którzy zaraz po rozstaniu bezskutecznie się szukając postanowili znaleźć kogoś innego, by móc ułożyć swoje życie na nowo, każde z nich na swój własny sposób. Po ponad trzydziestu latach od ich rozstania, a jednocześnie od tajemniczego zdarzenia, które do niego doprowadziło, a do poznania którego dążymy przez całą niemal lekturę, spotykają się oni dokładnie w tym miejscu, w którym widzieli się oni po raz ostatni. I znów zaczyna się przekonywanie, które powoli przeradza się we wspominanie, żałowanie, a wreszcie pogodzenie z tym co się stało.

Wiedziałam, że nagle zaczęliśmy myśleć zupełnie inaczej, ale nie umiałam pojąć, dlaczego nie da się z tym żyć. Nie byliśmy przecież pierwszą parą na świecie wierzącą w różne rzeczy.*

W pewnym momencie zaczęły mnie męczyć wywody Steinna na temat powstania świata i człowieka. Kwasy nukleinowe, makromolekuły czy protony niekoniecznie są tym o czym chciałabym czytać. Zresztą licząc na rozprawy naukowe nie sięgałabym raczej po powieść. Przyznam, że część z tego nawet sprytnie udało mi się ominąć, a skupiłam się na tym co interesowało mnie najbardziej. Kim była Borówkowa Pani? Dlaczego para, która potrafiła żyć ze sobą w najbardziej ekstremalnych warunkach tak po prostu się rozstała? I czy faktycznie razem z końcem ich związku miała koniec również ich miłość? I czy, jeśli byliby nadal razem, to ich miłość była by równie silna jak przed trzydziestu laty?

Tęsknota między ludźmi leżącymi w tym samym łóżku bywa czasami bardziej bolesna i bardziej dojmująca niż wtedy, gdy są na różnych kontynentach.**

Dużo bardziej podobały mi się e-maile pisane przez Solrun. Może też trochę dlatego, że jest kobietą, a może trochę dlatego, że przypomina mi mnie samą.

Tak było. Przechodziłaś od śmiechu do łez. Pod cienką powłoką niepohamowanej radości życia zawsze nosiłaś smutek. Ja także. Było nas dwoje. Przypuszczam jednak, że Twój smutek był głębszy niż mój. Tak jak Twój zachwyt i uniesienie.***

W jej wspomnieniach śmierć miesza się z życiem, a wszystko oplecione jest cienką linią tajemnicy. Zadziwiające jak wiele szczegółów sprzed kilkudziesięciu lat jest w stanie pomieścić ludzka pamięć. I na jakiej zasadzie właściwie zatrzymuje jedne zdarzenia po to by odrzucać inne.

Generalnie polecam, bo styl Gaardera powala po raz kolejny i z pewnością sięgnę po resztę jego książek, a fragmenty dotyczące ewolucji… jeśli kogoś nie zainteresują to przecież zawsze można odwrócić na następną stronę.

Ocena: 4,5/6

Jostein Gaarder, Zamek w Pirenejach, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

*Jostein Gaarder, Zamek w Pirenejach, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010, s. 7.

**Tamże, s. 158.

***Tamże, s. 36