Może to wyda się dziwne, ale naprawdę mało jest autorów, których mogłabym określić mianem moich ulubionych. Mało jest też książek na które rzucam się naprawdę bez zastanowienia, bez poznania innych opinii, zupełnie w ciemno. A jednak Schmitt jest tym autorem, któremu ufam bezgranicznie. Wiem, że mnie nie zawiedzie, że w jego książkach zawsze znajdę coś dla siebie. Przy tym podziwiam go niezmiennie za to jak wiele potrafi zawrzeć na niespełna stu stronach. To właśnie do jego książek zdarza mi się wracać najczęściej, to właśnie jego Oskara i panią Różę wielbię i polecam każdemu kogo znam, bo to jedna z naprawdę niewielu książek, które za każdym razem potrafią mnie wzruszyć.
Jun to chłopiec sprzedający towar z przemytu na ulicach Tokio. Chłopak zagubiony, samotny, wypierający się swej rodziny, starający się odciąć od przeszłości i żywiący wstręt do reszty ludzkości. Ma w sobie blokadę, nie pozwalającą mu osiągnąć tego co naprawdę pragnie, wybudował wokół siebie mur nie pozwalający mu na nawiązywanie bliższych kontaktów z ludźmi. I żyłby w tej swojej samotni pewnie jeszcze długo, gdyby nie spotkanie z Shomintsu, mistrzem Zen, który dostrzegł w nim grubego gościa. Dzięki niemu zaczyna uczęszczać na zajęcia sumo i powoli otwierać się na otaczający go świat.
Urzekły mnie zwłaszcza listy, które Jun otrzymał od swojej matki, analfabetki. Jak wiele treści można przekazać nie używając do tego ani jednego słowa. I może faktycznie ta książeczka nie należy do najlepszych utworów Schmitta, ale ja wierzę w to, że to chwilowa niedyspozycja i że w kolejnych powieściach znów powróci do formy, że znów zacznie ujmować życiowe prawdy w jak najmniejszej ilości słów. Że nie zamieni się z jednego w tych autorów, którzy stawiają na ilość, nie na jakość. I że nadal z niecierpliwością będę czekać na każdą jego kolejną książkę. A do Zapasów z życiem też jeszcze wrócę. Jestem tego pewna.
Ocena: 4,5/6
Éric-Emmanuel Schmitt, Zapasy z życiem, Kraków, Wydawnictwo Znak, 2010.