Światło na śniegu / Anita Shreve ; z ang. przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz. – Warszawa : Świat Książki, 2008. – 238, [2] s. ; 21 cm. – ISBN 978-83-247-0006-6

Zaledwie przed dwoma laty dwunastoletnia Nicky za jednym razem straciła matkę i malutką siostrzyczkę. Clara nie miała jeszcze nawet dwóch lat. Po tym wydarzeniu ojciec Nicky chcąc odciąć się od przeszłości postanawia wyjechać, gdziekolwiek, byle jak najdalej od Nowego Jorku, byle jak najdalej od domu, który dzielił z żoną. Na nowe miejsce dla siebie i córki wybiera dom na odludziu, z dala od miejskiego zgiełku, kawałek za miasteczkiem Shepherd w stanie New Hampshire, do którego z zasady ciężko się dostać, nie mówiąc już o tym jak ciężka do pokonania staje się ta droga w zimie.

Tak więc pewnego dnia podczas jednego ze spacerów Nicky z ojcem usłyszeli odgłos, który początkowo brali za kota, dochodząc jednak szybko, całe szczęście, że aż tak szybko, do wniosku, że jest to płacz dziecka. Dziecka nowonarodzonego, zostawionego na śniegu przez rodziców, po których nie został żaden ślad, a jedynym dowodem ich istnienia był odgłos zamykanych drzwi samochodowych, słyszany gdzieś w oddali.

Jakże ciepła to była książka! Mimo całego śniegu wokół domu Dillonów, który aż czuło się podczas czytania. To ciepło płynące nie tylko z kominka, ale przede wszystkim z serc bohaterów mogłoby stopić każdy lód. Jak wiele potrzeba wysiłku, zaangażowania, nie mówię już ze strony dorosłego człowieka, ale co dopiero ze strony dwunastolatki, żeby móc zrozumieć co tak naprawdę kieruje ludźmi, dlaczego dokonują takich a nie innych wyborów, dlaczego ciężko jest im rozmawiać na różne tematy, dlaczego sądzą, że niektórych spraw nie powinno się poruszać w gronie nastolatków. Dodatkowo Shreve pokazuje nam jak wiele w naszym życiu zależy od przypadków, zupełnych zbiegów okoliczności, jak wiele rzeczy mogłoby się potoczyć zupełnie innym torem, gdybyśmy zrobili coś pięć minut wcześniej lub później, gdybyśmy wybrali drogę biegnącą pięc metrów dalej niż ta którą idziemy.

Bardzo mi się podobało w domu Dillonów i nie żałuję absolutnie ani jednej chwili spędzonej przy ich kominku. I żałuję tylko trochę, że nie znalazłam się w nim tuż przed wigilią, aby móc jeszcze bardziej wczuć się w zimowy klimat.

Ocena: 5/6