Pamiętając jak wielkie wrażenie wywarła na mnie „Wyspa skazańców” Lehane’a bardzo niecierpliwie wyczekiwałam ekranizacji, mało tego, to był chyba najbardziej oczekiwany przeze mnie w tym roku film, i nawet postanowiłam przymknąć oko na to, że główną rolę gra DiCaprio, którego nie bardzo lubię. Dzięki recenzjom przeczytanym tu i tam, mój apetyt z dnia na dzień rosnął, a namawianie M., żebyśmy w końcu poszli do tego kina, powoli stawało się chyba nie do zniesienia, a chęc oglądnięcia Wyspy tajemnic przeradzała się powoli w obsesję ;).
Na jedną z wysp Zatoki Bostońskiej przybywają Teddy Daniels, szeryf federalny, wraz ze swoim partnerem Chuck Aule, mają oni pomóc rozwiązać sprawę tajemniczego zniknięcia jednej z pacjentek – Rachel Solando. Tak wszystko się zaczyna, a co jest później chyba nie warto opowiadać, bo każdy powinien zobaczyć to sam.
Nie uważam, żeby film był zły, nie żałuję wydanych pieniędzy, ale jednak czegoś mi w filmie brakowało. A może to po prostu przeświadczenie, że film nigdy nie będzie lepszy niż książka, albo świadomość, że od początku filmu wiedziałam jak się on zakończy. Nie wiem, to wszystko nie umniejsza jednak świetnej gry aktorskiej, tak, tak mimo mojej niechęci muszę przyznać, że nawet DiCaprio zagrał świetnie, choć chyba i tak bardziej podobał mi się Ben Kingsley w roli dr Cawleya, i wspaniałej scenerii.
Mimo lekkiego niedosytu z mojej strony, polecam.
Ocena: 5/6