Tony Takitani / Haruki Murakami ; przeł. z jap. Anna Zielińska-Elliott. – Warszawa : Muza SA , 2007. – 29, [3] s. ; 20 cm.
Ojciec Tony’ego był muzykiem, z Japonii przeniósł się do Chin, dzięki temu uniknął udziału w wojnie, jednak zaraz po jej zakończeniu trafił do więzienia. Jako jeden z niewielu nie został rozstrzelany. Matka Tony’ego zmarła trzy dni po porodzie, więc chłopiec nie miał najmniejszych szans na jej poznanie. Co do samego Tony’ego, no cóż, z powodu imienia został odrzutkiem, odmieńcem, zawsze samotny, zawsze z boku, nauczył się żyć z samotnością, mało tego, polubił ją i pewnie trwał by w niej do końca, gdyby w jego biurze pewnego dnia nie zjawiła się kobieta idealna, w której bez pamięci się zakochał.
Dobre to opowiadanie, naprawdę bardzo dobre. Uczucie wielkiej samotności, wielkiej miłości, strachu przed utratą drugiego człowieka, strachu przed nadmiernym przywiązywaniem się do rzeczy czy ludzi, miłości do muzyki, do malowania. To wszystko aż prosi się o to, żeby napisać więcej. Dla mnie wszystko działo się za szybko, czułam się jakbym gdzieś biegła nie patrząc, zupełnie nie zwracając uwagi na to co jest dookoła, a skupiając się tylko i wyłącznie na celu do którego dobiec muszę. Wszystko zostało pięknie nakreślone, tylko jakby rozwinięcia brak. Jakby zabrakło Tony’emu paru lat życia, jakby zostały wydarte. Tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że jeśli chodzi o Murakamiego to jednak wolę jego dłuższe formy.
Ocena: 4,5/6