Powiem szczerze, nie mam zwyczaju zagłębiać się w biografie moich ulubionych pisarzy, aktorów czy też muzyków, jeśli zaś chodzi o Ray’a Charlesa, no cóż, znałam jego Hit the Road, Jack, w końcu kto  nie zna, ale na temat samego muzyka nie wiedziałam zupełnie nic. Gdy więc M. zaproponował byśmy obejrzeli film o jego życiu nie spodziewałam się nie wiadomo czego i może dobrze, bo dzięki temu mój zachwyt był jeszcze większy.

Ray opowiada o życiu Ray’a Charlesa Robinsona, zaczynając od lat dziecięcych, kiedy był świadkiem śmierci swego młodszego brata, obrazując dokładnie utratę wzroku przez małego chłopca, naukę wykonywania podstawowych czynności polegając jedynie na zmyśle słuchu, pokazując trudne początki jego kariery, a kończąc aż na momencie ustanowienia jednego z jego utworów hymnem stanu Georgia.

W doskonały sposób film pokazuje codzienność niewidomego człowieka, trudności związane z tym upośledzeniem oraz walkę jaką osoba niewidząca musi codziennie staczać ze światem i to nie tylko, jeśli walczy o pierwsze miejsca na listach przebojów, jak Ray, ale też, przede wszystkim o przetrwanie, o normalne życie, o możliwość korzystania z dóbr dostępnych zwykłym ludziom. Bardzo dobrze został też przedstawiony problem rasizmu w Ameryce, zaczynając chociażby od ukazania zasad, którymi rządziły się autobusy, w których wyznaczone były miejsca dla kolorowych, a kończąc na zakazie wstępu do Georgii, gdy Ray odmówił grania dla podzielonej publiczności. Pokazano także problemy Ray’a z uzależnieniem od heroiny i od… kobiet, obrazując jego wszelkie romanse i dosyć dziwny, jak na mój gust, typ relacji z żoną.

Dużo chciałoby się jeszcze o tym filmie napisać, ale trudno ująć wszystko w słowa, trzeba go po prostu oglądnąć. Osoby pracujące przy produkcji zrobiły chyba wszystko co można było zrobić, na dodatek w najlepszy z możliwych sposobów, pokazując życie Charlesa, jego wzloty i upadki. A Jamie Foxx, w roli głównej wypadł po prostu niesamowicie. Doskonale potrafił odwzorować wszystkie ruchy, gesty, mimikę granej przez siebie postaci, co zaowocowało nagrodą przyznaną przez Akademię Filmową dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. Bardzo podobała się także gra Sharon Warren w roli Arethy Robinson. Zresztą każda z postaci ukazanych w filmie jest na swój sposób wyjątkowa, a aktorzy, no cóż, spisali się na medal.

Jestem naprawdę zachwycona, dawno żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia i pewnie przez długi czas żaden nie zrobi. Zdecydowanie ta pozycja wpisuje się wysoko na listę moich ulubionych filmów.

Ocena: 6/6

Ps. A tych, który nie zachęciłam zapraszam na stronę dotyczącą filmu, gdzie można zobaczyć trailer, poszczególne sceny oraz posłuchać muzyki z filmu 😉