Kwas siarkowy / Amélie Nothomb ; przeł. Joanna Polachowska. – Warszawa : MUZA SA, 2006. – 134 [10] s. ; 19 cm. – (Galeria). – ISBN 83-7319-908-X

Nie opuszczaj rąk, być może za godzinę wydarzy się cud.

Zdecydowanie cofam wszystko co kiedykolwiek mówiłam na temat pisarstwa Nothomb, a nie było w tym raczej niż pozytywnego. Jednak i jej książka potrafi mnie jeszcze zaskoczyć, wciągnąć, mało tego, potrafi mnie zachwycić. Zawiedziona dwoma poprzednimi powieściami (Słownik imion własnych własnych oraz Higiena mordercy), a przy tym zachęcona recenzją Agi,  postanowiłam dać sobie i jej ostatnią szansę.  A szczęście najwidoczniej nam sprzyjało, bo przy okazji ostatniej wizyty w bibliotece sięgnęłam właśnie po Kwas siarkowy. Ale do rzeczy…

Mamy dwie główne bohaterki, wokół których właściwie kręci się cała akcja książki. Pannonique, dwudziestoletnia studentka paleontologii oraz Zdena, również dwudziestoletnia dziewczyna, która właściwie nic w życiu nie osiągnęła, z której zdaniem nikt nigdy się nie liczył. Pierwsza występuje w roli ofiary, więźniarki obozu, zapędzonej do niego zupełnie przypadkowo, druga jako kapo, osoba mająca władzę, osoba, z którą w końcu ktoś się liczy. Za tło mamy właśnie obóz koncentracyjny, stworzony co prawda tym razem przez organizatorów programu „Witajcie za drutami”, ale na zasadach identycznych jak podczas drugiej wojny światowej. Ale właściwie nie to jest tu najważniejsze, otóż nie jest to kolejna historia o obozach, o tym już chyba wystarczająco zostało powiedziane. Nothomb wypowiada się natomiast na temat nas samych. Nas jako widzów, nas jako hipokrytów i nas jako ludzi. Na ludzi, którzy oburzają się widząc jakiekolwiek zło, którzy uważają, że oni sami nigdy by do niego nie dopuścili, ale którzy bez mrugnięcia okiem mogą na to zło patrzeć i nie zrobić nic, aby jemu zapobiec.

I pomyśleć, że siedzą bezradnie przed telewizorami, rozkoszując się naszym piekłem i jak nic udając, że są nimi oburzeni. To oczywiste, że nie znajdzie się nikt kto by nam pospieszył z pomocą, nie żądam aż tyle, ale dam sobie rękę uciąć, że nie znajdzie się nikt kto by wyłączył telewizor, albo zmienił program.

Bardzo dobrze mi się czytało, zgadzam się z każdym szczególikiem przekazanym w tej mini-powieści przez Nothomb, zgadzam się co do hipokryzji ludzi, co do obojętności na zło i zaczynam naprawdę doceniać jej pisarstwo. Choć mam małe zastrzeżenia co do zbyt cukierkowego zakończenia, ale powiedzmy, że biorąc pod uwagę całą książkę mogę wybaczyć jej nawet to małe podknięcie. I chcę jeszcze.

Ocena: 5/6