Czy wyobrażacie sobie, że pewnego pięknego ranka wychodzicie z domu: do pracy, szkoły czy też na spacer to właściwie nieważne, i nigdy już nie wracacie do niego w takim stanie jak to było rano. A wszystko z powodu jednego wybuchu, którego zdaje się nie słyszał nikt poza Wami. Tracicie przytomność, którą odzyskujecie dopiero po dwóch miesiącach. Powód do szczęścia? Być może. Choć nie mam pojęcia jak tą pełnie szczęścia odnaleźć nie mogąc poruszyć niczym oprócz powiek, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, a za jedyną nadzieje mając to, że pewnego dnia, może już za rok, zaczniecie ruszać… małym palcem.
Jeśli jeszcze Wam mało wyobraźcie sobie inną sytuację. Jest lipcowy poranek, zapowiada się słoneczny dzień. Siedząc w pracy planujecie obiad czy też spacer z rodziną. Nagle dzwoni telefon, który zmienia bieg Waszego życia. To sprzedawca, nie znacie go, nigdy wcześniej nie słyszeliście o tym sklepie. Informuje Was, że ukochaną, tą najważniejszą osobę zabrało właśnie pogotowie. Wiedząc o wcześniejszych napadach migreny nie panikujecie za bardzo. Dojeżdżając do szpitala, macie okazję zamienić z tą osobą jeszcze parę zdań, parę słów, a potem zabierają ją na salę. To ostatni dzień kiedy macie okazję ją usłyszeć. Nigdy więcej takiej okazji nie będzie, mimo, że ta osoba wciąż będzie zaraz obok Was.
Nie wiem jak Wy, ale jeśli o mnie chodzi nie jestem w stanie, a właściwie nawet nie chcę wyobrażać sobie żadnej z tych sytuacji. Nie potrafię dopuścić do siebie myśli, że któraś z nich mogłaby spotkać właśnie mnie. Nie umiem określić, która z nich jest gorsza i zawsze będę podziwiać ludzi, którzy w takich sytuacjach nie popadają w otępienie, ale znajdują w sobie tyle siły i samozaparcia, by żyło im się na tyle lepiej, na ile jest to możliwe.
„Cholerna cisza” to książka podzielona na dwie części, z których jedna została „wymrugana” przez Philippe’a, a druga napisana przez jego żonę. Piszę „wymrugana”, gdyż do pisania jej Philippe używał programu wykorzystującego ruch oka. Wszak tylko w ten sposób ma on jeszcze jakąkolwiek możliwość porozumiewania się z resztą otoczenia.
Książka wywołała we mnie wiele emocji. I wbrew pozorom nie były to tylko wzruszenia, mimo, że faktycznie właśnie one dominowały. Nieraz ocierałam łzę z kącika oka, a czasem nie było sensu nawet ocierać, bo za jedną łzą leciała od razu następna. Zdarzało mi się jednak także uśmiechać pod nosem, a w momentach gdy małżeństwo opisywało trójkę swoich dzieci wybuchałam śmiechem.
No cóż, los ich nie szczędził, ale jedno wiem na pewno: niejedna para chciałaby darzyć się taką miłością i zrozumieniem, a przy tym mieć tak cudowne dzieciaki i wiernych przyjaciół.
Ocena: 6/6