Miało być w styczniu, a tu proszę, jeszcze w grudniu zdążyłam :).
Jack i Molly Campbell tworzą parę idealną. A od pięciu lat także niesamowicie szczęśliwą, gdyż nie mogąc mieć własnych dzieci adoptowali Joey’a. To cudowny chłopiec, chwalony przez nauczycieli, lubiany przez rówieśników. Radosny i beztroski. Ale szczęście ich rodziny ma niedługo prysnąć, zniknąć jak puch z dmuchawca.
Po pięciu latach Rip Porter wychodzi z więzienia. Dowiadując się, że żona podpisała za niego papiery adopcyjne postanawia za wszelką cenę odzyskać swego syna, którym jest Joey Campbell. Zresztą nie musi się o to nawet za bardzo starać, bo według prawa, jeśli podpis jednego z rodziców został podrobiony cała adopcja jest automatycznie unieważniona, w takim wypadku uważa się jakby w ogóle nie miała ona nigdy miejsca. Sąd postanawia, że przez kilka tygodni podczas których Joey kilkakrotnie odwiedzi biologicznych rodziców prawa do dziecka są podzielone, jednak po ostatniej wizycie u Porterów Joey ma zostać tam na zawsze, a Campbellowie na zawsze utracą do niego prawa.
Przyjemne czytadło. Dużo rozdziałów, duża czcionka, a całość napisana przystępnym językiem, który sprawia, że nie trzeba się wysilać, żeby zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Dodatkowo poruszony moim zdaniem bardzo ważny problem. I mimo, że dość szybko można się domyślić zakończenia to i tak ono wzrusza, mimo, że miałam największe chęci do powstrzymania łez ;).
Niestety największe zastrzeżenia mam do wydawnictwa, które chyba troszkę poskąpiło na korektę w związku z czym na prawie każdej stronie możemy znaleźć choć jedną literówkę, na co właściwie sama nigdy nie zwracam za bardzo uwagi, ale po pięćdziesiątej stronie to jednak zaczyna bardzo drażnić.
Ogólnie polecam, najlepiej w innym wydaniu, jeśli takie jest dostępne ;).
Ocena: 4,5/6