Charlie właśnie stracił żonę. Zmarła na zawał, zaraz po urodzeniu ich córeczki, Sophie. Charlie jest pewien, że wysoki, czarny facet w garniturze koloru miętowej zieleni maczał w tym palce. A gdy rzeczy w jego pracy zaczynają świecić na czerwono, a facet z którym rozmawia ginie pod kołami autobusu Asher jest już pewny, że ktoś go robi w konia. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej gdy do komisu Ashera listonosz przynosi Bardzo wielką księgę śmierci, a on sam dowiaduje się, że ma nową pracę. Jako śmierć. Przy okazji okazuje się, że mała Sophie potrafi zabijać, i to w bardzo prosty sposób. Wystarczy, by wymówiła słowo kotek…
Podczas lektury poznajemy masę barwnych postaci, chociażby siostrę Charliego, Jane, albo jego współpracowników: mroczną kucharkę Lily i byłego policjanta Raya. Że już nie wspomnę o wiewiórkoludziach czy harpiach z kanałów. Akcja toczy się szybko, czasem miałam wrażenie, że aż za szybko. Zakończenie mnie niestety nie zaskoczyło, w miarę wcześnie zorientowałam się kto jest Śmiercią przez duże Ś. Mimo wszystko książkę polecam, wywołuje masę uśmiechów. Sama zresztą na niej nie zakończę przygody z pisarstwem Moore’a.
Większość z nas nie przechodzi przez życie jako jedna, kompletna osoba, która stawia czoło światu, jesteśmy całym zbiorowiskiem postaci. Kiedy ktoś umiera, scala się w dusze, esencję tego, kim jesteśmy, niezależną od masek, jakie nosimy w życiu. Nienawidzisz tych postaci, których zawsze nienawidziłaś, a kochasz te, które zawsze kochałaś. Siłą rzeczy coś takiego musi namieszać ci w głowie.
Ocena: 4/6