Skończyłam tę książkę już jakiś czas temu i nie potrafię wejść w żadną inną historię. Myślę, roztrząsam, analizuję, odtwarzam w myślach niektóre fragmenty. Tak jak chociażby ten z karetki. Albo z poczekalni w klinice. Oraz ten jeden, z hospicjum. Najnowsza książka Anny Dziewit-Meller z pozoru jest zwykłą opowieścią o dwóch siostrach. Właściwie małym wycinkiem ich życia, kilkoma scenami. Napisaną, mam wrażenie, w sposób nieco pozbawiony emocji. Pozornie. Bo po lekturze emocje aż we mnie kipią.

Juno to opowieść o dwóch siostrach, które łączy wspólna przeszłość, zaś dzieli niemal cała reszta.
Marianna i Aleksandra. Aleksandra i Marianna. Często zdarza się, że dzieci niby z dwójki tych samych rodziców, są jednak zupełnie różne. Ja przekonałam się jak wiele jest w tym prawdy dopiero po urodzeniu swojej dwójki. Ale i główne bohaterki Anny Dziewit-Meller są jakby z dwóch różnych biegunów. Jak z tego żartu, że jedna stała po urodę, a druga po rozum. Choć może nie do końca tak to było…
Aleksandra jest w okolicach czterdziestki, ma kredyt we frankach, troje synów i męża, który zupełnie jej nie rozumie. Pracuje w telewizji śniadaniowej i marzy o pisarskim sukcesie, który być może przyniesie jej książka o pewnej zapomnianej śląskiej astronomce. Marianna jest tą młodszą siostrą, której teoretycznie więcej się w życiu udało. Nie musiała brać kredytu, bo pieniądze dostała od ojca, nie musi martwić się o przyszłość, bo odnosi sukcesy jako znana influencerka. Proste? Nie do końca jednak…
Dużo tu oczekiwań. Tych w stosunku do siebie, ale i innych. Dużo zbyt wygórowanych ambicji, niezrealizowanych planów, marzeń, nawet tych pozornie nic nie znaczących, które nigdy już nie znajdą spełnienia. To jednocześnie dużo małych pstryczków w nos współczesnego społeczeństwa, wiele upchniętych w niewielką ilość stron codziennych bolączek, zmagań z brakiem akceptacji, samotnością i tęsknotą.
Czytając tę powieść zatopiłam się w niej cała, po koniuszki uszu. I choć momentami bolało, momentami było niewygodnie, momentami coś tam gniotło, to ostatecznie było mi w niej dobrze, bo czułam się dopasowana jak już dawno nigdzie.
To książka pełna ironii, momentami nawet autoironii, przewrotna, momentami zabawna, choć mam wrażenie, że w większości to jednak taki śmiech przez łzy. A mimo (uwaga, spoiler!) swoistego, zupełnie niespodziewanego happy-endu zostawiła w moim sercu jedną wielką, ziejącą dziurę.
Anna Dziewit-Meller, Juno, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2024
wpis powstał we współpracy z lubimyczytac.pl i Wydawnictwem Literackim