Bardzo chciałabym, żeby moja opinia o tej książce wyglądała zupełnie inaczej, bo i temat trudny i całość oparta na osobistych, z pewnością niełatwych doświadczeniach samego autora, ale wybaczcie, nie mogę inaczej – powieść Charlesa Bocka totalnie mnie wymęczyła.

AliceIOliver

Alice i Olivera poznajemy właściwie w momencie, kiedy u niej zostaje zdiagnozowana choroba. U niej, dotąd zdrowej, bardzo rzadko korzystającej z opieki medycznej młodej matki. Nikt się tego nie spodziewał, a już najmniej ona sama. Ona, która w pewnym momencie stwierdza: jestem młoda. Byłam zdrowa przez całe życie. Nie jestem jedną z tych siedemdziesięciolatek w poczekalni, niech im Bóg da zdrowie*. Dopiero w trakcie dalszej lektury poznajemy tą dwójkę nieco bliżej, dowiadując się czym się wcześniej zajmowali i jak wyglądało ich życie, dopóki rak nie postanowił wszystkiego przekreślić.

Książka Charlesa Bocka miała wszelkie predyspozycje do tego, by zdobyć moje serce, a później totalnie je złamać. By totalnie mną wstrząsnąć i pozostawić rozbitą na drobniutkie kawałeczki. Ale tak się niestety nie stało. Zabrakło mi tu większych emocji, mam wrażenie, że książka jest ich zupełnie pozbawiona, a przecież główni bohaterowie są w tragicznej sytuacji. Tragicznej! Powinno mi być ich żal, powinnam choć raz zapłakać nad ich losem, powinnam im po stokroć współczuć, a przez większość czasu nie czułam zupełnie nic. Może poza ogromnym znudzeniem… Mam wrażenie, że zamiast skupić się na tym, co się dzieje z samymi bohaterami, co się dzieje w ich sercach i głowach, autor postawić raczej na przedstawienie białaczki od strony technicznej, pokazując nam z czym to się je czy też jak uciążliwi potrafią być ubezpieczyciele, którzy część opłat za szpital pokrywają, części zaś zupełnie nie i postanowił przeprowadzić nas przez przygotowania do przeszczepu, opisując bardzo dokładnie w jaki sposób Alice zostanie mu poddana, jakie leki będzie musiała przyjąć, co się może stać i co dzieje się w międzyczasie i dlaczego mimo wszelkiego ryzyka powinni spróbować. Zamiast opisania dramatu, jakim niewątpliwie jest ostra białaczka szpikowa, zwłaszcza gdy dotyka ludzi w tak młodym wieku, skupił się na nieistotnych szczegółach, takich jak wygląd i pochodzenie pielęgniarek czy aura za oknem. Męczyły mnie te rozległe opisy, męczyło mnie też przeskakiwanie z narracji pierwszo- do trzecioosobowej, przechodzenie od czasu przeszłego do teraźniejszego, tak jakby autor nie mógł się zdecydować jak chce pisać.

Fakt, że było też kilka momentów, które bardzo mnie poruszyły, zwłaszcza te skupiające się wokół macierzyństwa Alice. Konieczność oddalenia się od córeczki w początkowej fazie jej życia, niemożność karmienia piersią ze względu na trwającą chemioterapię, brak możliwości obserwowania rozwoju Doe – to fragmenty, które żadnej matki nie pozostawią obojętną. Także te momenty, w których swoją bezradność opisuje Oliver chwytają za serce. To jego zawieszenie, trwanie przy chorej mimo wszystko, wzięcie wszystkiego na własne barki – walki z chorobą żony, ze szpitalną rzeczywistością, z ubezpieczycielami, zorganizowanie opieki nad córeczką, zawieszenie pracy nad własną rozwijającą się firmą, zapanowanie nad własnymi potrzebami, nad własną, niepohamowaną rządzą…

Poza tym, że Alice i Oliver to powieść o walce ze śmiertelną chorobą na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy przeszczepy szpiku kostnego wcale nie były aż tak popularne i właściwie cała medycyna w tym temacie wciąż jeszcze raczkowała, to też opowieść o trwaniu przy sobie mimo wszystko, o rozpadzie tego, co miało trwać wiecznie, o trzymaniu się za rękę, gdy serca oddalają się coraz bardziej, o byciu razem na dobre i złe. Pod tym względem, to powieść bardzo bolesna, aż szkoda, że autor nie skupił się wyłącznie na życiu wewnętrznym bohaterów.

Nie wiem też kto wpadł na pomysł porównania tej książki do Love story, ale mam wrażenie, że ten ktoś albo nie czytał właśnie Love story albo Alice i Oliver, bo poza imieniem głównego bohatera i białaczką, która niewątpliwie łączy obie powieści, niewiele tu już punktów wspólnych. Równie dobrze można by tę powieść porównać do Oskara i pani Róży albo Jesiennej miłości, trafność byłaby mniej więcej taka sama.

Charles Bock, Alice i Oliver, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2018

*s. 71