Czytałam ją nad morzem, czytałam nad jeziorem, a w tym roku czytałam w zaciszu własnego mieszkania, ale prawda jest taka, że bez Nicky Pellegrino nie ma lata. Nie wiem kiedy to się stało, ale w pewnym momencie autorka po prostu wdarła się na listę moich ulubionych autorów. Włochy i włoskie potrawy opisane w taki sposób, że jak najszybciej chce się biec do kuchni, by przygotować coś podobnego albo najlepiej rezerwować bilet na lot do któregoś włoskiego miasteczka; czego więcej potrzeba mi do szczęścia? A chociaż w najnowszej książce sugestywne opisy jedzenia zostają raczej zastąpione równie sugestywnymi opisami tanga, to i tym razem Pellegrino udało się mnie oczarować i sprawić, że czułam się tak jakbym tam była, jakbym z bliska, na własne oczy oglądała wieczorne milongi.


Patrząc na mnie – a byłam przecież szefem własnej kuchni, mamą we własnym domu, przyjaciółką, siostrą i kobietą, która miała przed sobą tydzień wakacji – można by bez problemu znaleźć powód do zadowolenia. Skoro zatem tak przedstawiało się moje życie, to dlaczego nie potrafiłam być szczęśliwa?*
Można by rzec, że Addolorata Martinelli dostała w swoim życiu więcej szczęścia niż większość z nas może sobie wyobrazić. Przynajmniej pozornie. Z zewnątrz wygląda na spełnioną kobietę, cudowną małżonkę i matkę, w dodatku właścicielkę odziedziczonej po ojcu świetnej włoskiej restauracji. Wszystko jednak zaczyna się sypać, gdy pewien znany i ceniony krytyk kulinarny wystawia lokalowi Dolly, delikatnie mówiąc, niezbyt przychylną recenzję. Nagle okazuje się, że także życie osobiste kobiety nie jest aż tak doskonałe. Mąż coraz częściej myślący o rozstaniu, przechodząca właśnie nastoletni bunt córka, która zdecydowanie woli spędzać czas z dziadkami niż z matką, ojciec nie do końca pewny czy dobrze zrobił pozostawiając Addoloracie dorobek swego życia, siostra skupiona na własnym życiu… Nic dziwnego, że gdy pojawia się możliwość, Dolly nie zastanawia się długo nad wyjazdem do Włoch, mającym być poniekąd małymi wakacjami, a tak naprawdę chyba jednak małą ucieczką od codzienności. Na miejscu zaś kobieta poznaje Coco, nieco ekscentryczną staruszkę, która pomoże jej znaleźć szczęście i w pewnym stopniu zmieni jej życie. A przynajmniej podejście do życia.
To lato w Wenecji było jednorazowym wydarzeniem, niepowtarzalną okazją , żebym mogła sprecyzować swoje życiowe priorytety**.
Weneckie lato jest więc opowieścią z co najmniej dwoma głównymi bohaterkami. Śledzimy nie tylko to, co właśnie dzieje się w życiu Dolly, ale jednocześnie, bardzo powoli odkrywamy tajemniczą przeszłość Coco, a w międzyczasie obserwujemy również jeszcze jedną kobietę…
Nicky Pellegrino poprzez swoich bohaterów daje do zrozumienia jak nieistotna jest albo właściwie powinna być przeszłość, bo niestety wielu z nas ciągle żyje dniem wczorajszym, zamiast zacząć celebrować teraźniejszość. Jasne, to przeszłość nas kształtuje, to minione wydarzenia nadają bieg teraźniejszości, to, co było sprawia, że dziś jest właśnie takie, jakie jest, ale najważniejsze, to nie trzymać się kurczowo tego wyidealizowanego do granic możliwości wczoraj, tylko dlatego, że było lepsze, piękniejsze, że byliśmy wtedy szczęśliwsi… bo dziś przecież też możemy być. Nie warto też roztrząsać tego, co było, myśleć nad tym, co mogliśmy zrobić inaczej i jak bardzo żałujemy pewnych decyzji, których przecież i tak już nie da się zmienić, choćbyśmy nawet bardzo chcieli.
Przeszłości nie da się zmienić, błędów nie da się cofnąć. Mogę tylko żyć dalej. Iść dalej przed siebie i dalej się starać. Nikt z nas nie może nic więcej zrobić***.
Wielokrotnie pojawia się też w książce kwestia szczęścia. Mam wrażenie nawet, że szczęście jest tu poniekąd motywem przewodnim. Poszukiwanie szczęścia, ale nie tam, gdzie usiłują je znaleźć wszyscy, to znaczy w posiadaniu cudownej rodziny i przyjaciół, czy w świetnie rozwijającej się karierze zawodowej, które przecież z definicji powinny nas uszczęśliwiać, ale w rzeczach znacznie drobniejszych, mniej ważnych wydawać by się mogło… W piciu kawy w dobrym towarzystwie, w smacznym jedzeniu, w muzyce, tańcu albo kieliszku dobrego, schłodzonego, musującego wina, w tych bąbelkach rozchodzących się na języku. Jestem pewna, że każdy po przeczytaniu Weneckiego lata sam zacznie się zastanawiać nad swoją listą dziesięciu rzeczy dających szczęście. U mnie to na pewno cudowny, bezzębny jeszcze uśmiech synka o poranku, ale też zapach dopiero co upieczonego ciasta rozchodzący się po całym mieszkaniu, widok świeżych kwiatów po wejściu do domu czy krótka chwila, kiedy mogę siąść na balkonie i totalnie się wyciszyć po dniu pełnym wrażeń. Jestem ciekawa, co wy byście umieścili na swojej liście. Może to nieco naiwne myślenie, ale wydaje mi się, że dopiero odnalezienie radości w tych drobnostkach, pozwala nam na docenienie tego, co mamy i często nie dostrzegamy, a czego inni nam przecież nierzadko zazdroszczą.
– Wiesz, co tak naprawdę daje ci szczęście? – weszłam jej w słowo. – Tylko nie mów o tych wszystkich oczywistych rzeczach, które ludzie zawsze wymieniają. Nie chodzi o rodzinę i przyjaciół. Chodzi o coś, co tobie daje szczęście***.
Nicky Pellegrino, Weneckie lato, Warszawa, Prószyński i S-ka 2016
*s. 61
**s. 318
***s. 369
****s. 163