Transowy, mocny, znakomity… taki miał być debiut literacki Dominiki Słowik, dlatego sięgałam po niego z pewną obawą, nie będąc pewna czy doczytam do końca, bo może nie zrozumiem, może nie załapię, może to proza nie dla mnie. I chyba faktycznie to lektura nie do końca dla mnie, choć przyznam, że początkowo byłam pełna zachwytu. Niestety, im dalej w las, tym… zwyczajnie coraz nudniej, a hasła z okładki jak zwykle okazały się mocno przesadzone.

AtlasDoppelganger

w latach dziewięćdziesiątych my, dzieci, byliśmy jak oddzielne plemię, półdzikie stado panujące nad osiedlem. aroganckie i pewne siebie watahy przemykały przez ulice jak prowadzone do ataku, wrzeszcząc i wyjąc; dzieci traciły tyle z człowieczeństwa, że dorośli przyglądali im się z dziwnym niepokojem i bezskutecznie próbowali sobie przypomnieć jakieś stare, dawno zapomniane rzeczy, które jak przez mgłę kołatały im w głowie.*

Przenosimy się na Śląsk do lat 90., gdzie jedną z głównych rozrywek narratorki i jej przyjaciółki Anny są odwiedziny u dziadka tej drugiej i wysłuchiwanie niesamowitych opowieści, których ten był uczestnikiem. Aż ciężko uwierzyć w prawdziwość niektórych z nich, szczególnie gdy spojrzeć na starszego, wychudzonego mężczyznę, nieopuszczającego swego fotela i z ogromną fascynacją wpatrującego się w okno (czy widział w nim coś ponad to, co później dostrzegła Anna?); zwłaszcza, że szczegóły opowieści co jakiś czas ulegają zmianie i sam dziadek zdaje się czasem w nich gubić.

anna podróżowała śladami dziadka. ten wielki mężczyzna, który z wiekiem skurczył się i zmarszczył jak rodzynka, zawsze był dla anny punktem odniesienia, elementem porządkującym świat. podejrzewała, że dziadek nie był jej biologicznym dziadkiem, po prostu w którymś momencie swoich niezliczonych podróży zdecydował się zostać na zawsze akurat na naszym osiedlu i wybrał annę na swoją wnuczkę. dostrzegała niekończącą się liczbę różnic, sprzeczności i wątpliwości, które oddzielały ją od tego mężczyzny. […] jednak kiedy dziadek umarł, anna poczuła się jedyną spadkobierczynią jego świata, który przecież nie umarł razem z dziadkiem, a jego ruchome konstelacje nieustannie zmieniały kształty, formy i języki; gdzieś w tej zawiesinie tkwiło też i nasze osiedle. nagle świat, pozbawiony obecności barczystego podróżnika, który w najlepszych latach sprawiał wrażenie oddzielnego kontynentu, z wielkimi rozrośniętymi mięśniami pokrytymi szorstką, sflaczałą skórą, nagle ten świat ział pustką, którą należało wypełnić. anna postanowiła przejąć świat po dziadku**.

Zachwyciły mnie fragmenty opisujące dzieciństwo w latach transformacji społecznej, też jestem dzieckiem lat dziewięćdziesiątych, więc odnajdywałam się w tym, podłapywałam to, o czym pisze Słowik, przypominałam sobie rzeczy, które, jak mi się wydawało, już dawno uleciały z mojej pamięci i szkoda, że w stosunku do całości książki, tych właśnie fragmentów jest najmniej. Znacznie więcej tu marynarskich przygód dziadka Anny, początkowo dość ciekawych, później coraz bardziej rozwleczonych oraz wplecionego, właściwie nie do końca wiem po co, opowiadania o Sadowskim, które nie dość, że co jakiś czas rozdzielane i wywołujące co najmniej średnie zainteresowanie, to dodatkowo zapisane kursywą zwyczajnie męczyło oczy.

Transowy? Owszem. Wymysł miesza się tu z rzeczywistością i tak jak Anna nie bardzo już wiemy w co tak naprawdę powinniśmy wierzyć, która z opowieści jest prawdziwa, która zaś powstała w wyniku mocnego oderwania od znienawidzonej przez jej dziadka codzienności, gdzie on się wyłącza, a do głosu dochodzi doppelganger. Z pozostałymi dwoma przymiotnikami, krzyczącymi do mnie z okładki, zdecydowanie nie mogę się zgodzić.

Dominika Słowik, Atlas: Doppelganger, Kraków, Znak 2015

*s. 104

**s. 333-334