Kucharka Himmlera to książka napisana lekko i z przymrużeniem oka, ale jednocześnie opowiadająca o największych zbrodniach, które miały miejsce w poprzednim stuleciu. Franz-Olivier Giesbert przedstawił je w nieco krzywym zwierciadle, uwydatniając ogrom absurdu, który doprowadził do tych wszystkich okrucieństw, jakich się na przestrzeni tak naprawdę krótkiego czasu dopuszczono. Rzeź Ormian, zabójstwa najbliższych, dwie wojny światowe, Holocaust, rządy Hitlera, Stalina czy Mao. To wszystko przeżyła Rose, bohaterka tej powieści, w której nawet jeśli momentami jest śmiesznie, to po chwili uświadamiamy sobie, że powinien to być raczej śmiech przez łzy.

KucharkaHimmlera

Szczęścia, mawiała Emma Lempereur, nie da się opowiedzieć. Jest jak ciasto z jabłkami, zjada się je do ostatniej okruszyny, podniesionej ze stołu, a potem zlizuje złotawy sok, który brudzi palce. Ze szczęściem nie należy się też obnosić. Najprostszym sposobem, aby z przyjaciół zrobić sobie wrogów, jest demonstrowanie swojego szczęścia. Ludzie tego nie znoszą. Szczęście jest arcydziełem, które za wszelką cenę trzeba trzymać w tajemnicy, zachować je dla siebie, jeżeli człowiek nie chce narażać się na nieprzyjemności ani kusić losu*.

Rose ma sto pięć lat, mimo wieku wciąż mnóstwo energii i jest właścicielką uroczej restauracyjki w Marsylii. Prowadzi spokojne życie, radość odnajdując w gotowaniu, a w pewnym momencie postanawia napisać książkę o historii swojego życia, o jej stu latach z hakiem. Wszystko jednak zmienia się w momencie, gdy Rose otrzymuje zawiadomienie o śmierci Renate Fröll, które wstrząsa jej poukładanym światem i sprawia, że historia jej życia zostaje opowiedziana z zupełnie innej perspektywy, od tej strony, której wcześniej nie zamierzała wcale ujawniać. Gdzieś na początku tej opowieści sędziwa kucharka stwierdza: W dniu moich urodzin na świecie żyły już trzy osoby, które miały zdziesiątkować ludzkość: Hitler miał osiemnaście lat, Stalin dwadzieścia osiem, a Mao – trzynaście. Wpadłam jak śliwka w kompot**. Faktycznie, niewesoło to wygląda.

Historia Rose zaczyna się od dzieciństwa w Armenii, gdzie jako dziewczynka doświadczyła pogromu Ormian, tracąc przy tym najbliższą rodzinę. A później… cóż, później było już tylko gorzej, aż do momentu, w którym spotkała Heinricha Himmlera, wdając się z nim w burzliwy romans, bynajmniej nie po to, by szukać rozkoszy, a kierując się raczej ogromną rządzą zemsty.

Rose to ten typ bohaterki, którego nie sposób nie polubić. Dziarska babcia opowiadająca o tym, co najgorsze w sposób zajmujący, lekki i mimo wszystko zabawny, po prostu musi wzbudzić sympatię. Jej życie nie było usłane różami, ale na swojej drodze spotkała także ludzi dobrych, mądrych, pojawiających się wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowała, wyciągających rękę, w tych najgorszych dla niej momentach. We wszystkim, co przeżyła potrafi doszukać się sensu, na wszystko, co ją spotkało spojrzeć z dystansem, którego niejeden mógłby jej pozazdrościć. Zaś w jej opowieści i zwykłych na pozór zdaniach, można znaleźć tak wiele mądrości, że najchętniej przepisałabym tu połowę tej książki. A ponieważ to byłoby nie w porządku, to zachęcam, byście sami ją przeczytali i odnaleźli w Kuchni Himmlera to, co ja tam znalazłam.

Franz-Olivier Giesbert, Kucharka Himmlera, Katowice, Sonia Draga 2015

*s. 130

**s. 23