Dla poprzedniej książki Michela Bussiego byłam w stanie zarwać noc, jego kolejna powieść co prawda nie powtórzyła sukcesu poprzedniczki, ale mimo tego trzyma dobry poziom.

Upalne słońce, błękitna woda, lekki powiew letniego wiaterku, totalne lenistwo i wyluzowanie… Prawdziwy raj na ziemi. W tym raju łatwo można się zatracić i zapomnieć nie tylko o codzienności, którą zostawiło się przed wejściem do samolotu, ale i przeszłości, która nie zamierza odpuszczać i niebezpieczeństwie czającym się tuż obok.
Martial i Liane Bellion wraz z sześcioletnią córką Sofą spędzają cudowny urlop na wyspie Reunion, wygrzewając się na słońcu, popijając wymyślne drinki, kąpiąc się w przyhotelowym basenie. Nic zdaje się nie zakłócać sielanki. Aż do czasu, gdy Liane na moment udaje się do pokoju i… już z niego nie wraca. Gdzie zniknęła? Co się z nią stało? Przerażony Martial początkowo postanawia współpracować z miejscową policją, licząc na to, że wspólnymi siłami zdołają odkryć co stało się z Liane. Jednak później, gdy zeznania obsługi hotelowej sprawiają, że staje się właściwie głównym podejrzanym o zabicie własnej żony, postanawia wraz z Sofą uciec, żeby uratować przynajmniej ich dwójkę. Jednak czy na pewno jest niewinny?
Michel Bussi znów robi zamieszanie w głowie czytelnika, podsuwając fałszywe tropy i mieszając fakty. Poznajemy różne punkty widzenia, śledzimy wydarzenia z perspektywy policji, jak i samego Martiala, a także Sofy, nie do końca rozumiejącej co się wokół niej dzieje, lekko zagubionej, a momentami naprawdę przerażonej, na tyle, że mamy ochotę sami przejąc nad nią opiekę, zapewnić, że wszystko skończy się dobrze.
Właściwie do końca nie wiemy kim tak naprawdę jest Martial Bellion. Kochającym mężem i ojcem czy psychopatą, który z zimną krwią zabił żonę i porwał własną córkę. Raz za razem zmieniają się nasze odczucia co do niego, w jednym momencie wzbudza sympatię i współczucie, wierzymy głęboko w to, że to on jest ofiarą tej całej sytuacji, w drugim wzbudza już tylko odrazę, bo nie możemy zrozumieć motywów jego postępowania.
Gdzieś w tym wszystkim Bussi ukazuje też uroki wyspy Reunion, jej wielokulturowość, zasady, jakie na niej rządzą, reguły, którymi kierują się mieszkańcy w większości znający się od wielu lat.
Choć przez większość czasu autor trzyma czytelnika w napięciu, to jednak sama akcja nie ma zawrotnego tempa, momentami miałam nawet wrażenie, że autor specjalnie ją spowalnia, dostosowując tok wydarzeń do upalnego i leniwego klimatu wyspy Reunion. Są fragmenty, w których miałam wrażenie stop-klatki. W środku niby napięcie, bo nie wiadomo co się za chwilę może zdarzyć, a dookoła zatrzymanie, ospałość, opustoszałe ulice, upalne słońce, niemal parzące skórę.
Są też momenty, w których czułam wyraźnie, że autor przekombinował, że próbował za bardzo urozmaicić cały pościg i tak mocno pogmatwać poszczególne wątki, że sam się w tym zaplątywał. Jednak patrząc na Nie puszczaj mojej dłoni całościowo, przyznaję, że to naprawdę dobra książka. Nie wybitna i pewnie nie zapadająca w pamięć na wiele lat, ale przez kilka wieczorów czytania pochłaniająca większość myśli.
Michel Bussi, Nie puszczaj mojej dłoni, Warszawa, Świat Książki 2014