Dziś Wigilia. Choinka już ubrana (choć z racji szaleństw panny Sofi, znaczy mojego uroczego, aczkolwiek nieco nadpobudliwego kota, rozstawiamy ją zawsze dość późno), w domu pachnie bożonarodzeniowymi potrawami, z cudownym i uwielbianym przeze mnie zapachem grzybów zdecydowanie wybijającym się na prowadzenie, ale śniegu jak nie było, tak niestety nie ma.
Jest go jednak mnóstwo podczas śnieżnej nocy, w trakcie której rozgrywają się trzy opowiadania amerykańskich autorów. Opowiadania, które stanowią doskonałe wprowadzenie w bożonarodzeniowy nastrój.

Nazwisko Lauren Myracle nie mówi mi zupełnie nic, Johna Greena znam wyłącznie ze słyszenia (bo i ciężko byłoby się na niego natknąć), 13 małych błękitnych kopert Maureen Johnson miałam okazję niedawno czytać (być może wkrótce i o nich napiszę kilka słów), ale mnie nie zachwyciły. Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, a szczerze mówiąc nie spodziewałam się też niczego wielkiego, chciałam po prostu, tradycyjnie jak co roku, wprowadzić się w klimat i poczuć magię Świąt. I W śnieżną noc tę rolę zdecydowanie spełniła, choć faktycznie niczym wielkim nie jest.
Jak wskazuje już podtytuł książki W śnieżną noc to zbiór opowiadań o miłości, rozgrywających się w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Dwa pierwsze toczą się trakcie Wigilii, ostatnie zaś w pierwszy dzień Świąt. Wigilijna podróż, pierwsza opowiastka to historia romantycznej, zdarzającej się przypadkiem miłości. Ona, zapatrzona w obecnego chłopaka i zupełnie nie dostrzegająca jego wad oraz on, cierpiący po zdradzie byłej dziewczyny. Sentymentalnie i ckliwie? Może odrobinkę, ale przy tym też ujmująco, a przez wprowadzenie nieco humorystycznych akcentów, wcale nie tak banalnie i naprawdę przyjemnie w czytaniu. Drugie z opowiadań, autorstwa Johna Greena, które z pewnością przyciągnie do całości zbioru tłumy jego fanek, zrobiło na mnie najmniejsze wrażenie, choć nie było też bardzo złe. Po prostu jak dla mnie za dużo tu silenia się na nie zawsze śmieszny dowcip, ale historia miłości spadającej jak grom z jasnego nieba na dwójkę bliskich sobie osób, które znały się od zawsze, a nie dostrzegały rodzącego się między nimi uczucia, jest w sumie niczego sobie. W każdym razie to ostatnie opowiadanie, napisane przez Lauren Myracle, najbardziej przypadło mi do gustu, bo prócz miłosnej historii zawiera w sobie coś więcej. Opowieść Addie, która musiała coś stracić, żeby wiele zrozumieć i zacząć dążyć do znaczących zmian w swoim życiu, może ująć niejedną czytelniczkę, bo myślę, że każda z nas ma przynajmniej krótkie momenty, kiedy zachowuje się jak rozwydrzony pępek świata, nie widząc nic poza czubkiem własnego nosa i wyolbrzymiając własne problemy do horrendalnych rozmiarów, nie dostrzegając zupełnie tego, co dzieje się z najbliższymi osobami. A później… no cóż, może być już za późno, by je dostrzec. Jasne, każde z opowiadań jest nieco przewidywalne i żadne z zakończeń raczej nas nie zaskoczy, co nie zmienia faktu, że we wszystkich trzech jest jakaś odrobina uroku.
Bardzo podobało mi się połączenie tych trzech historii nie tylko miejscem czy czasem akcji, nie tylko głównym motywem, ale również bohaterami. Nie znam, a przynajmniej nie przypominam sobie, innego zbioru, w którym trzej zupełnie inni autorzy stworzyliby tak spójną całość. Owszem, każdy z nich posiada własny styl, różni są też główni bohaterowie, różne podejście do tematu, ale ja czułam tu autentyczną współpracę. Nie wiem jak to naprawdę wyglądało, ale miałam wrażenie jakby cała trójka siadła wspólnie we wspominanym wielokrotnie Waffle House lub Starbucksie i przy pysznej korzennej kawie wymyślała swoich bohaterów i wydarzenia, jakie ich połączą. Wyszło naprawdę dobrze.
Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle, W śnieżną noc, Wrocław, Bukowy Las 2014
***
Kochani, korzystając z okazji życzę Wam wesołych Świąt i zdrowia, spokoju, szczęścia oraz samych wspaniałości nie tylko od Święta, ale każdego dnia! 🙂