Miasto cieni to bezpośrednia kontynuacja Osobliwego domu pani Peregrine zaczynająca się dokładnie w momencie, w którym jej poprzedniczka się kończy, więc jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, to po pierwsze koniecznie to nadróbcie, a po drugie może lepiej w tym miejscu skończcie czytanie tej notki, bo będę zdradzać istotne elementy jej zakończenia.
Dom zamieszkiwany dotąd przez osobliwców został spalony, pani Peregrine na dłuższy czas uwięziona w ciele ptaka, a gromada dzieci zmuszona do opuszczenia być może na zawsze pętli, w której spędzili ostatnie kilkadziesiąt lat. Pisząc, że Miasto cieni rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym kończy się Osobliwy dom pani Peregrine nie skłamałam ani trochę. To dokładnie ta sama scena, powtarza się nawet zdjęcie ją ilustrujące. Trzy małe łódki, dziesięcioro dzieci, z których powoli opadają resztki sił, sztorm i kilka kilometrów do najbliższego brzegu, który wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa. Zaczyna się groźnie, prawda? Ale śledząc dalej przygody osobliwej gromady przekonamy się, że sztorm na środku morza, to naprawdę pikuś, a przewracając kolejne strony będziemy trzymać kciuki, by mimo wszelkich przeciwności losu, a przede wszystkim głucholców i upiorów czający się na każdym kroku, udało im się dotrzeć na czas do miejsca, w którym ocalenie pani Peregrine, i równocześnie ich samych, stanie się możliwe.
Chciałem jednak zapewnić Emmę, że nie można czuć się źle w każdej sekundzie. Śmiech nie sprawia, że złe rzeczy stają się gorsze, podobnie jak nie staną się lepsze dzięki łzom. Śmiech nie oznacza, że jest nam wszystko jedno albo że zapomnieliśmy – świadczy tylko o tym, że jesteśmy ludźmi. Tego jednak też nie potrafiłem jej przekazać*.
W tej części cyklu Riggsa poznajemy jeszcze lepiej historię osobliwych dzieci. Horace, Hugh, Emma, Olive… w przypadku każdego z nich odkrywanie swojej inności odbywało się niemal identycznie. Dziwne zachowania zaczynały się nagle, właściwie bez powodu i niemal z dnia na dzień się nasilały, przerażając i odsuwając od nich najbliższych, tak, że w końcu zostawali zupełnie sami. Nic zresztą dziwnego… każdy z nas byłby przerażony, gdyby bliska osoba kawałek po kawałku zaczęła znikać albo co noc podpalała własne łóżko. Osobliwość jednak nie jest wadą, jest czymś dodatkowym, elementem, który wyróżnia podopiecznych pani Peregrine na tle całej reszty zwykłego społeczeństwa i choć czasem utrudnia życie, sprawiając, że dzieci o niezwykłych zdolnościach czują się mocno wyobcowane, to na ogół stanowią raczej zaletę i w wielu chwilach to życie im ratuje. Podobała mi się teoria, że osobliwość nie jest wadą, lecz wartością dodaną; że nie brakuje nam tego, co mają zwykli ludzie, tylko im brakuje osobliwości. Innymi słowy, mamy więcej, a nie mniej**.
Do dobrze znanych nam z poprzedniej części postaci, tym razem dołączają kolejne, o cechach równie osobliwych, pojawiają się też osobliwe zwierzęta, ale książka Riggsa nie przyciąga wyłącznie wyjątkowymi bohaterami. To także podróż przez niezwykłe miejsca; cyrk, w którym osobliwcy wydają się czymś całkiem normalnym, lodowa twierdza, w której chronią się ci, którym jakoś udało się ocaleć, dwudziestowieczny Londyn pogrążony w chaosie powodowanym szalejącą wkoło wojną. Ransom Riggs tworzy niesamowity klimat, sprawiając, że od jego książki ciężko się oderwać, a przygody Jacoba i spółki śledzimy z ogromnym zaangażowaniem.

Kolejny raz uwagę czytelnika przyciągają zdjęcia. Stare, tajemnicze, wzbudzające ciekawość, a niektóre i poczucie niepokoju i ciarki przebiegające po plecach. Stanowiące integralną część książki, w idealny wprost sposób komponujące się z jej treścią, w pewnych momentach sprawiające nawet wrażenie, że zostały zrobione specjalnie na jej potrzeby, choć wiemy, że zostały zrobione znacznie wcześniej.
Moim zdaniem Miasto cieni to świetna kontynuacja i jednocześnie świetny wstęp do kolejnej części a zakończenie wskazuje na to, że z ta z całą pewnością powstanie. Czekam więc z niecierpliwością!
Ransom Riggs, Miasto cieni, Poznań, Media Rodzina 2014
*s. 329
**s. 206