Przyznać trzeba, że to cykl, który raz za razem totalnie mnie zaskakuje, choć to nie zawsze pozytywne zaskoczenia. Gdyby moje wrażenia po tych trzech książkach wchodzących w jego skład, wyrysować na wykresie, wyszłaby z tego idealna sinusoida. Jeśli pamiętacie co pisałam o pierwszej i drugiej części, to już wiecie co chciałabym przekazać. Jeśli nie… cóż, z ogromnym żalem muszę przyznać, że Sekret czarownicy zwyczajnie rozczarowuje.

Najnowsza powieść Anny Klejzerowicz stanowi bezpośrednią kontynuację Córki czarownicy, ale myślę, że bez problemu można ją też czytać jako odrębną całość, bez znajomości poprzednich tomów. 

Małgosia pracuje w lecznicy dla zwierząt, co nie do końca ją satysfakcjonuje i wciąż marzy o własnej klinice. Damian realizuje swoje marzenia i coraz częściej nie ma go w domu. W dodatku do ich związku powoli zaczyna wkradać się rutyna i chyba zwyczajna nuda, która raz za razem prowadzi do niebłahych sprzeczek z dość błahych powodów. Sytuacji wcale nie poprawia nadgorliwa mamusia Damiana ani, tym bardziej, pojawienie się w miasteczku Roberta – przystojnego archeologa, który zaczyna interesować Gosię nie tylko ze względu na sprawę, nad którą pracuje. Co do tej sprawy… Okazuje się, że w pobliskim kościele zostają odnalezione szczątki mężczyzny, prawdopodobnie leżące tam od jakichś… siedmiuset lat. Początkowo nikt nie wie kim on jest i skąd się tam wziął, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że po pierwsze został zabity, a po drugie może mieć jakiś związek z zakonem templariuszy. Zafascynowana tym odkryciem, kolejny raz nawiedzana przez dość niepokojące sny, Małgosia zaczyna bardzo angażować się w rozwiązanie tej zagadki. Zagadki, która zresztą stanowi najmocniejszą stronę tej książki i aż szkoda, że, w moim odczuciu, problemy małżeńskie Gosi i Damiana zdołały ją zdominować. 

Klejzerowicz pokazuje dwa zupełnie różne oblicza miłości. Jednej, sprzed setek lat, wielkiej, gorącej, ale stającej w obliczu ogromnej tragedii oraz drugiej zupełnie współczesnej, nacechowanej co prawda odrobiną monotonii, przez co może odrobinę słabszą, ale wciąż jednak obecną. W obu przypadkach i zupełnie niezależnie od tego, w jakich czasach przyszło bohaterom żyć, widać wyraźnie, że o to piękne uczucie każdemu w pewnym momencie przyjdzie zawalczyć.

Niestety, znów powróciła moja niechęć do bohaterów, a głównie do narratorki, którą tym razem jest sama Małgosia. Wydaje mi się, że kobieta, która tyle w życiu przeszła, powinna mieć w sobie trochę więcej dojrzałości i takiej… bo ja wiem, mądrości życiowej (?). Gosia natomiast przez większość czasu zachowuje się jak rozwydrzony bachor, któremu się wszystko należy. O ile więc historia sprzed setek lat była w stanie moją uwagę przyciągnąć, o tyle małżeńskie problemy i sercowe rozterki głównej bohaterki, które, mam wrażenie, zajmują tu znacznie więcej miejsca, jedynie działały mi na nerwy. Wielka szkoda, wiem, że Klejzerowicz stać na dużo więcej. 

Anna Klejzerowicz, Sekret czarownicy, Warszawa, Prószyński i S-ka 2014