Czy jeśli choć raz pozwolono by Ci zakosztować pełni szczęścia umiałabyś potem żyć bez niego? I czym właściwie jest szczęście? Czy na pewno tym, co od tak dawna nim nazywałaś? A może ma zupełnie inną postać?

Zainspirowana Dumą i uprzedzeniem Jo Baker tworzy własną wersję historii, tym razem nie skupiając się na losach panien Bennett i obsesyjnych próbach wydania ich za mąż, a na plan pierwszy wysuwając tych, którzy w powieści Jane Austen przemykali niemal niezauważeni. Przyglądamy się zatem służbie, obserwujemy ich codzienne zmagania, śledzimy ich zabieganie nie o najlepszą partię, ale choć chwilę spokoju dla siebie, wykradzioną z czasu przeznaczonego na usługiwanie tym o wyższym statusie. Życie Sary, Polly i państwa Hill toczy się ustalonym torem, wszystko działa jak w zegarku, każdy zna swoje obowiązki i właściwie żadne z nich nie spodziewa się już większych zmian w swoim bądź co bądź nie do końca ciekawym życiu. W dworku Longbourn jeden dzień pracy płynnie przechodził w drugi i nigdy nie dało się powiedzieć, że oto nadszedł koniec krzątaniny. Ta tylko przedłużała się, nabierała tempa albo czekała na swoją kolej, a człowiek tylko się rano o nią potykał*. Przynajmniej do czasu, gdy w domu pojawia się James, tajemniczy mężczyzna, z dnia na dzień, trafiający do Bennettów na służbę. Kim jest, skąd się wziął i dlaczego pan Bennett przyjął go właściwie z ulicy bez słowa sprzeciwu, a raczej z otwartymi ramionami? 

Jak się wkrótce okazuje swoją tajemnicę skrywa nie tylko James, ale właściwie większość, jeśli nie każda z postaci stworzonych przez Baker. Każdy ma swoje sekrety, wszyscy starają się schować je jak najgłębiej, nie dopuszczając do nich nawet najbliższych. Odkrywanie kolejnych głęboko zakopanych historii, dostrzeganie kolejnych powiązań między poszczególnymi postaciami, okazuje się doprawdy interesujące.

Wszystkie wydarzenia opisywane w Dworku Longbourn toczą się równolegle do tych z Dumy i uprzedzenia, Baker bardzo często i wyraźnie nawiązuje do utworu Jane Austen, ale przy tym wszystkim wydaje mi się, że wcale nie trzeba znać tego XIX-wiecznego romansu, żeby czerpać przyjemność z poznawania tej opowieści. Oczywiście nawiązanie do Dumy i uprzedzenia może stanowić ogromną zachętę do czytania dla jej fanów, ale może i ich rozczarować, bo trudno będzie wytrzymać Dworkowi Longbourn to porównanie, zresztą myślę, że równie trudno byłoby je znieść każdej innej powieści. W moim odczuciu obydwie powieści, mimo splecenia wątków, stanowią dwa zupełnie odrębne utwory i tak należy je traktować.

Jo Baker tworząc bohaterów z krwi i kości pokazuje jak ważną rolę odgrywała służba w każdym dworku i jak wielki wpływ miała na to, co się działo w całym domu, choć ich pracy często nikt nie dostrzegał, nie doceniał, nie chwalił, nikt za nią nie dziękował. Jest kilka momentów, w których wyraźnie widać z jakim lekceważeniem, mimo wzajemnych sympatii, panny Bennett podchodzą do tych, którzy im usługują, bagatelizując zupełnie ich pracę i częstokroć nie zdając sobie sprawy jak wiele im zawdzięczają. 

Autorka Dworku Longbourn opowiada nie tylko o codziennych wzlotach i upadkach tych najniżej urodzonych, ale też o trudach wojny, walce o uczucie, a przede wszystkim chyba o ogromnym pragnieniu wyrwania się z tego, co los nam ofiaruje, zboczenia z wyznaczonej dla nas ścieżki i wyznaczenia swojej własnej oraz podążaniu za marzeniami. Dla Sary szczęście istniało; miała dość dobre pojęcie o tym, czego jej było brak**.

Polecam, proponując jednocześnie nie zestawiać tej powieści z ukochaną Dumą i uprzedzeniem, ale podejść do niej jak do zupełnie czystej kartki, na której owszem, od czasu do czasu pojawiają się znane postaci, ale sama w sobie może być czymś równie fascynującym i dostarczyć wielu miłych wrażeń.

Jo Baker, Dworek Longbourn, Poznań, Czwarta Strona 2014

*s. 11

**s. 69