To jednak nie jest dobra książka, choć tak mi się na początku wydawało. A przynajmniej to nie jest dobra książka dla mnie i właściwie trochę się dziwię, że ją doczytałam do końca. Mogłam zakończyć wtedy, gdy poczułam, że to wszystko przestaje mnie bawić, gdy nie było jeszcze za późno i gdy naprawdę byłam przekonana, że to do CZEGOŚ dąży. Niestety, byłam ciekawa do czego, dlatego dokończyłam. Ale od początku…

Zacznijmy może od powodów, dla których po Jamnika z Kluskami w ogóle sięgnęłam. Powód pierwszy: wakacje. Nie wiem czemu, ale od lat czas wolny wyzwala we mnie pragnienie sięgania po książki lekkie i niewymagające. To zaś wiążę się z powodem drugim, czyli opisem książki, który sprawił, że uwierzyłam, iż debiut Oli Trzecieckiej taki właśnie jest (jest, nie przeczę). Powód trzeci i najważniejszy dla mnie, to fakt, że przez pół (a nawet chyba więcej niż pół, matematyka nigdy nie była moją mocną stroną) życia towarzyszyła mi ukochana jamniczka i myśl, że być może Jamnik z Kluskami odświeży kilka moich powoli zacierających się wspomnień, była ogromnym impulsem. 

Zaczyna się typowo. Oto żona w trakcie sprzątania odnajduje drobiazg, który nie pozostawia wątpliwości co do tego, że mąż ją zdradza. Wpada w furię, niszczy wszystko, co spotka na swej drodze, zabiera ukochaną psinę pod pachę i postanawia odejść. Niby nic takiego. Niby, bo cała ta scena, jak i późniejsze żale wylewane w rozmowie z przyjaciółką okraszone są tak ogromną dawką humoru, że dosłownie ryczałam ze śmiechu, podczas gdy M. patrzył na mnie z dość jednoznacznym wyrazem twarzy i tylko znacząco pukał się w czoło. 

Śmiałam się więc bardzo. Śmiałam się też, gdy wraz z bohaterką cofnęłam się w czasie, do okresu sprzed Adama Kluska, do etapu poszukiwań partnera idealnego (albo przynajmniej dającego radę, a jeśli już nie dającego radę, to zarabiającego trochę więcej niż bohaterka-doktorantka ledwie wiążąca koniec z końcem), natrafienia na niezbyt urokliwego, ale jednak doktora i na próby złapania go we własne sidła. Potem przestałam się już cieszyć jak głupi do sera, ale dalej wesoło parskałam przy poznaniu mamusi kandydata na męża, a potem… no cóż, potem śmiech zaczął zamierać mi na ustach.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie to, że ten humor, który tak mnie omotał na pierwszych stronach, z którego tak się cieszyłam przy pierwszych rozdziałach, za który, byłam pewna, będę mogła autorkę chwalić i chwalić w nieskończoność, w pewnym momencie mi się przejadł, całość powoli zmierzała do nieco bezsensownego końca, którego zresztą dość szybko można się domyślić, a główna bohaterka zamiast nadal wywoływać pobłażliwy uśmiech zaczęła po prostu ogromnie drażnić swoją głupotą. Chociaż sama nie wiem czy bardziej mnie wkurzała czy bardziej było mi jej żal, że na własną prośbę i z pełną premedytacją wplątała się w związek bez sensu i bez przyszłości, żeby tylko jakoś odbić od dna. Osobiście już bym wolała na tym dnie siedzieć, siedzieć samiutka i taplać się w błocie, niż usiąść kawałek wyżej i sobie to błoto wymieszać z czymś bardziej śmierdzącym.

Szkoda, pomysł na fabułę był całkiem dobry, zabrakło drugiego na jej rozwinięcie i trzeciego na zakończenie, które usatysfakcjonowałoby czytelnika. No i chociaż jednej cechy, która sprawiłaby, że zapałałabym do Anki większą sympatią i potrafiła zrozumieć jej wybory. Albo czegoś, czegokolwiek, co by te wybory jakoś usprawiedliwiło. Wtedy też byłoby lepiej.