Anna i Ewa to siostry. Na pierwszy rzut oka zupełnie różne. Dzieli ich właściwie wszystko i dopiero po zagłębieniu się w debiutancką powieść Natalii A. Bieniek dostrzegamy, że ich pragnienia są całkiem podobne. 

Anna to typowa bizneswomen. Z prędkością światła pnie się po kolejnych szczeblach kariery, największą satysfakcję przynosi jej osiąganie kolejnych celów, a mąż, również spełniony zawodowo, wielki dom, w którym czasem trudno znaleźć odrobinę bliskości, a już na pewno dzieci są zaledwie miłym dodatkiem, tworzącym obraz perfekcyjnej kobiety, której się w życiu udało. I szkoda tylko, że to, co najważniejsze stoi zawsze na drugim planie.

Ewa to jej zupełne przeciwieństwo. Wybrała studia bez przyszłości, co w efekcie spowodowało podjęcie niezbyt satysfakcjonującej pracy. Nie ma dzieci, boi się związać z mężczyzną, którego kocha, by nie obciążać go własnymi problemami. Ledwo wiąże koniec z końcem, ukojenia szuka w kieliszku i z zazdrością spogląda na starszą siostrę. Zazdrościłam szkolnych sukcesów, rozległych zainteresowań, praktycznych studiów, na które mi zabrakło predyspozycji, potem dobrej pracy i szans zawodowych. Wielu, wielu rzeczy zazdrościłam. Moje relacje z Anką przepełnione były nagromadzoną, zapieczoną zazdrością, która niszczyła nasze wzajemne stosunki.* 

Co spowodowało, że kobiety, wychowane w jednym domu, przez tą samą, dość oschłą w stosunku do nich, matkę, podążyły zupełnie różnymi ścieżkami? Czy wystarczył jeden dzień, jedna chwila, po której już nic nigdy nie było takie samo? Podczas której ich drogi na zawsze się rozeszły? To będzie próbować zrozumieć Ewa, starając się jak najszczegółowiej przypomnieć sobie 4 czerwca 1989 roku. Dzień, który zmienił wszystko.

Śmierć matki sprawia, że Anna i Ewa znów zaczynają być sobie bliskie, znów zaczynają ze sobą rozmawiać, wreszcie jedna zaczyna stanowić ogromne oparcie dla drugiej. To chyba właśnie moment, w którym na jaw wychodzi to, jak mimo wszystko, podobne są do siebie, jak niewiele różnią się ich pragnienia. Ich ogromna potrzeba bycia ważnym, kochanym, potrzebnym, którą obie zepchnęły gdzieś na samo dno, przez dorastanie w domu, gdzie nadrzędnymi wartościami były własna satysfakcja i dążenie do własnych celów, gdzie własne ambicje przysłaniały pragnienia najbliższych.

Choć narratorką powieści jest Ewa, to bardzo wyraźnie rysuje się przed czytelnikiem także obraz życia Anny. Życia perfekcyjnego, na którym nagle zaczyna pojawiać się coraz więcej rys. Tak jak Ewa, wchodzimy do jej domu, do jej sypialni, momentami nawet do jej głowy. Bieniek z ogromną dokładnością ukazuje załamanie kobiety, wciąż żyjącej na najwyższych obrotach, jej tęsknotę za zwykłością i to, że być może od dawna realizowała nie swoje marzenia. Autorka stawia też pytanie o rolę kobiety w społeczeństwie, która przez ostatnie lata bardzo się zmieniła. Już nie ma wymogu bycia idealną matką Polką, już nikt nie nakazuje kobietom siedzieć w domu i się tym domem zajmować, rodzić dzieci i te dzieci wychowywać, już nikt nie patrzy ze zdziwieniem na tą, która odrzuca dbanie o domowe ognisko, na rzecz rozwoju własnej kariery, czy samorealizacji. Tylko czy przechodzenie od skrajności w skrajność jest najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić? Czy pokazanie wszystkim, że potrafimy być perfekcyjne pod każdym względem, skrywanie swoich słabości, tuszowanie tego, czego chciałybyśmy znacznie bardziej niż kolejnego awansu, naprawdę ma sens? W Uśpionych marzeniach świetnie został zobrazowany fakt, że bez względu na to, czego pragniemy, powinno to być nasze własne pragnienie. Nie matki, nie siostry, nie męża. Ale też, by w dążeniu do spełniania własnych potrzeb, nie zamykać oczu na to, co ważne i dbać o tych, których kochamy i za których jesteśmy odpowiedzialne.

O ile początkowa narracja bardzo do mnie przemówiła, o tyle przyspieszenie narzucone przez autorkę pod sam koniec i zagęszczenie fabuły oraz dodanie kilku wątków, bez większego znaczenia dla całości, uważam za zupełnie niepotrzebne. Odniosłam wrażenie, że Bieniek jeszcze jakby na siłę próbuje upchać do powieści to, o czym wcześniej być może zapomniała wspomnieć, a co przecież też wydawać by się mogło dość ważne. Szkoda, że pewne rzeczy zostawiła na sam koniec, bo chyba właśnie to sprawiło, że zakończenie zostało pozbawione całej siły rażenia.

Niemniej jednak powieściowy debiut Natalii A. Bieniek uważam za udany. Uśpione marzenia co prawda nie są pozbawione pewnych niedociągnięć, błędów dość typowych dla debiutantów, ale wierzę, że w kolejnych powieściach, uda się ich uniknąć. 

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Natalia A. Bieniek, Uśpione marzenia, Zakrzewo, Wydawnictwo Replika 2014

*s. 21