W zasadzie tę książkę przeczytałam w lutym, więc nie wiem czy jest sens jeszcze o niej pisać. Ale piszę sobie, ku pamięci.

Intrygantki to zbiór czterech dramatów. I to było moje pierwsze zaskoczenie, bo nie spodziewałam się zupełnie ani zbioru, ani dramatów. Do rozpoczęcia lektury byłam święcie przekonana, że nowa książka Schmitta to powieść. Może dlatego byłam do niej tak pozytywnie nastawiona.

Najbardziej podobał mi się przedostatni utwór, czyli Knebel, monolog Dawida opowiadającego o swojej miłości, która poza szczęściem obdarzyła go też chorobą i bliskością śmierci. Wzruszająca o tyle, że to miłość trwająca do samego końca, mimo tego, że zakazana czy nieakceptowana przez najbliższych. Robi się nieswojo, gdy czytamy o tym, jak ci najbliżsi czekają na śmierć syna, który zresztą nigdy nie czuł się przez nich kochany.

Reszta utworów jakoś zupełnie mnie nie ruszyła. Przyjemnie, co prawda, czytało mi się Noc w Valognes, dramat o Don Juanie albo raczej kobietach, które swego czasu w sobie rozkochał, po to, by prędzej czy później je porzucić. Kobietach, które słusznie czy nie szukają sposobu na zemstę. Ale już Gość i Szatańska filozofia przeszły u mnie zupełnie bez echa.

Jeśli więc spojrzeć na Intrygantki jako całość, to odrobinę zawodzą. Owszem, Schmitt potrafi tak stworzyć scenerię swoich utworów, że niemal czujemy jakbyśmy siedzieli pod sceną. Czytając je nie potrafiłam jednak przestać porównywać tych dramatów z jego poprzednimi dramatami, które nawiasem mówiąc podobały mi się szalenie, i być może też przez to, tym razem wszystko wypadło strasznie bladziutko. Albo może zwyczajnie stawiam już temu autorowi zbyt wysoką poprzeczkę, której nigdy więcej on nie będzie w stanie przeskoczyć?

Eric-Emmanuel Schmitt, Intrygantki, Kraków, Znak 2013.